Plaga pierwsza
Impreza inauguracyjna największego wodnego parku rozrywki w Europie była
przygotowana perfekcyjnie. Zaproszono wielu wpływowych gości:
biznesmenów, polityków i celebrytów przyciągających dziennikarzy.
Zadbano o odpowiedni entourage imprezy, światła, nagłośnienie, muzykę
zapewniającą podniosły nastrój. Konsorcjum, które zainwestowało grubo
ponad sto milionów dolarów w całe przedsię wzięcie, dbało o odpowiedni
rozgłos właściwie od wbicia pierwszej łopaty w ziemię. Świadomość
publiczna - tak to nazywano. Właściciele bardzo zwracali uwagę na to,
żeby poinformować ludzi, czyli potencjalnych klientów, o tym, co
powstaje w szczerym polu przy jednej w polskich autostrad. Na początku
nie było to łatwe zadanie. Przecież kupno gruntu pod budowę nie mogło
być najważniejszą wiadomością serwisów informacyjnych. Lecz nawet
informacja o tym wydarzeniu dzięki skuteczności działu public relations
przebiła się do mediów. To później ułatwiło dalsze działania,
informowanie społeczeństwa o rozpoczęciu budowy i postępach prac
związanych z powstaniem aquaparku. Choć trzeba zaznaczyć, że właściciele
unikali określenia "aquapark" jak ognia. O ironio, ogień i woda.
Twierdzili, zresztą słusznie, że park wodny może powstać byle gdzie.
Wiele gmin w Polsce stawia na swoim terenie baseny ze zjeżdżalniami,
nazywając je właśnie aquaparkami. A ich przedsię wzięcie to coś znacznie
większego niż kilka tub do zjeżdżania i baseny ze sztuczną falą. Dlatego
we wszystkich materiałach prasowych pojawiało się określenie
"Niesamowity Wodny Świat". Kto wie, może ta organiczna niechęć do
używania słowa "aquapark" zainspirowała szefa do spraw promocji do
kolejnych kroków promocyjnych. Gdy dwa miesiące od wbicia pierwszej
łopaty stawiano gigantyczne konstrukcje betonowe, zorganizowano na
pobliskich polach z widokiem na budowę równie gigantyczny koncert,
którego motywem przewodnim było brawurowe wykonanie klasycznego
rockowego hitu Smoke On The Water grupy Deep Purple przez
kontrowersyjną gwiazdkę wylansowaną dopiero co przez jakiś talent show w TV. Jedni się zachwycali, a inni bezlitośnie krytykowali interpretację,
która zahaczała estetyką o disco polo. Sam szef promocji prawie
zwymiotował, gdy usłyszał, jak bożyszcze nastolatków kaleczy rockowy
hymn. Jednak wiedział, że nie liczyło się jego zdanie, tylko to, że do
ogólnopolskiej dyskusji na temat piosenki przebiła się informacja, że
jeden z basenów termalnych największego wodnego centrum rozrywki w Europie będzie nazywał się właśnie Smoke On The Water. Dym, a raczej
para wodna, nieustannie miała unosić się nad wodą, więc nazwa wydawała
się całkiem adekwatna. Kilka tygodni później szef promocji sprowokował
na internetowym fanpage'u kolejną dyskusję. Tym razem, rzekomo
przepraszając za zamieszanie z Deep Purple, który to zespół, jak się
okazało, miał w Polsce jeszcze całkiem duże grono fanów, zamieścił mem
będący połączeniem nazwy Deep Purple z Purple Rain, popularnej
piosenki artysty znanego jako Prince. Podpis sugerował, żeby nie dzielić
muzyki na gatunki, bo przecież może być ona tylko dobra albo zła.
Oczywiście poprawny politycznie bełkot był jedynie pretekstem do
ujawnienia, że jedna z komnat w Wodnym Zamku, czyli kolejnej z części
Wodnego Świata, będzie oferowała odwiedzającym delikatną masującą
purpurową mgiełkę przypominającą ciepłe deszcze z dżungli amazońskiej.
Przy okazji udało mu się umieścić informację, że purpurowa barwa wody w tropikalnych prysznicach będzie uzyskana dzięki nowoczesnej technologii
LED, która obecna będzie niemal w każdym miejscu Wodnego Świata. Ta
informacja rozbudziła wyobraźnię jeszcze większej liczby Polaków. Udało
się wywołać ssanie w narodzie. Z przeprowadzonych badań opinii
publicznej wynikało, że ludzie oczekują po Wodnym Świecie czegoś
spektakularnego. Inwestorzy byli niezmiernie zadowoleni z pracy agencji
public relations SDW, którą zatrudnili. Jedynie nieliczni wiedzieli, że
nazwa nie powstała od pierwszych liter imienia i nazwiska założyciela
firmy, czyli Sebastiana Dariusza Wilczyńskiego, choć on sam oczywiście w ten sposób ją tłumaczył. W rzeczywistości jednak tylko on wiedział, że
nazwa wymyślona została po tym, jak został zmuszony do odejścia z dużej
międzynarodowej agencji reklamowej działającej w Polsce. Zwolnili go,
tłumacząc się oszczędnościami, które spowodowały redukcję etatu. Prawda
była inna. Potrzebowali pieniędzy na zatrudnienie nowej kochanki szefa.
Młoda kobieta, której jedynymi zaletami były długie nogi, napompowane
usta i foremnie uformowany na jakimś stole chirurgicznym biust, miała
zostać zastępcą dyrektora kreatywnego. Nie miała żadnego pojęcia o pracy
w agencji reklamowej. Czy miała doświadczenie w innego rodzaju
agencjach, tego Dariusz nie wiedział, lecz przypuszczał, że mogła mieć.
Wówczas powiedział sobie, że skopie dupę wszystkim. SDW. I na razie mu
się to udawało. Po spektakularnych sukcesach podczas budowy musiał
wymyślić jeszcze większą akcję dotyczącą otwarcia gotowego już Wodnego
Świata. Swoimi kanałami dotarł do doradców premiera, których przekonał,
że dobrze zrobi ich pryncypałowi, szczególnie jeśli chodzi o słupki
popularności, gdy przetnie wstęgę i symbolicznie odkręci kurek z wodą,
która zacznie napełniać baseny największego wodnego centrum rozrywki w Europie. Doradcy premiera oczywiście rozumieli, że przy okazji ich szef
mógłby przemówić do narodu o tym, jak to rząd pod jego kierownictwem
wspiera inicjatywy gospodarcze, Polska przez to się rozwija, a dowodem
na to jest oto ta właśnie otwierana największa tego typu budowla na
Starym Kontynencie. Naturalnie zgodzili się na obecność szefa rządu.
Również dlatego, że ich szef uwielbiał występy publiczne, szczególnie
te, gdy obiektywy kamer skierowane były na niego. Klasyczne parcie na
szkło ułatwiło więc działanie. Sebastian uzgodnił z generalnym
wykonawcą, jak poprowadzić tymczasowy wąż napełniający baseny tak, żeby
wyglądało to imponująco. Zrobiono specjalną konstrukcję, która
przypominała hydrant z wielkim pokrętłem, które miał odkręcić premier.
Szef agencji wiedział, że relacje z tego wydarzenia trafią do
największych wieczornych wydań wiadomości telewizyjnych w Polsce,
następnego dnia rano pojawią się w gazetach. A jego agencja przygotuje
przynajmniej kilkanaście memów i wirali internetowych z premierem i gigantycznym kranem w rolach głównych, które wrzuci do sieci. "Premier
odkręca kurek sukcesu" - już to widział oczyma wyobraźni. Z pewnością
memy będą krążyć po portalach społecznościowych i stronach internetowych
przez wiele dni. Nie przewidział jednak skali zjawiska. W najśmielszych
myślach nie przypuszczał, że zdjęcia z wydarzenia obiegną niemal
wszystkie światowe media. Trafią na pierwsze strony zarówno
opiniotwórczych, jak i tych szmatławych gazet w całej Europie, relację z otwarcia pokażą CNN i inne telewizje informacyjne. A w amerykańskich
wieczornych talk-show całe zdarzenie będą komentować nie tylko
gospodarze programu, lecz także filmowe i muzyczne gwiazdy. Stało się
tak, ponieważ gdy polski premier odkręcił gigantyczny zawór, z hydrantu
do basenu popłynęła krew.
Tak mówi Pan: "Po tym poznasz, że Ja jestem Panem. Oto uderzę laską,
którą mam w ręce, wody Nilu, a zamienią się w krew. Ryby Nilu poginą, a Nil wydawać będzie przykrą woń, tak że Egipcjanie nie będą mogli pić
wody z Nilu".
1
Mimo że ochrona natychmiast wyprowadziła premiera, a olbrzymi hydrant
dzięki przytomności kogoś z obsługi niemal od razu zakręcono, to jednak
fotoreporterzy szybkimi migawkami aparatów udokumentowali całe
wydarzenie. Wszystko w jakości 4K miało także kilka ekip telewizyjnych,
które wysłały do Wodnego Świata wozy transmisyjne. Czerwień rozlała się
po piaskowej podłodze i błękitnych płytkach, którymi wyłożony był basen.
Zdjęcia były nad wyraz sugestywne. Niektórzy z fotografów, stare wygi,
zdążyli zrobić także detale, takie jak chociażby zaplamione krwią buty
głowy polskiego rządu. Następnego dnia w prasie brukowej ukazały się
prowokacyjne tytuły, z których najbardziej podły brzmiał: Premier ma
krew na butach. Z formalnego punktu widzenia było to prawdą. Jednak
drugie, ukryte znaczenie sformułowania budziło odrazę otoczenia prezesa
Rady Ministrów. Oczywiście zupełnie inaczej wyglądało to z przeciwległej
strony. Fotoreporterzy sprzedali masę zdjęć również do mediów
zagranicznych, ciesząc się zastrzykiem gotówki. A wydawcy zacierali
ręce, licząc zyski ze sprzedaży kolejnych wydań gazet i tygodników
opiniotwórczych, które nie tylko opisywały sytuację zaistniałą podczas
otwarcia Wodnego Świata, lecz także analizowały symbolikę zdarzenia w kontekście walki politycznej. Jedni twierdzili, że premier jest
skończony, skompromitowany i ośmieszony. Inni zarzucali głupotę służbom,
które powinny sprawdzić wszystko przed uroczystością. To prowokowało do
sugestii, że wszystko było zaplanowaną akcją w celu zdyskredytowania
głowy polskiego rządu. Publicyści będący zwolennikami spiskowych teorii
dziejów i obecnego rządu pisali o zamachu na polskość. Ci, którzy byli
mniejszymi fantastami, twierdzili jedynie, że to element gry politycznej
prowadzonej przez opozycję. Generał Witucki z ABW, wezwany do siedziby
rządu, nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Wolał, przynajmniej w pierwszej fazie spotkania z premierem, zachować powściągliwość.
Wiedział, że trzeźwy osąd sytuacji możliwy będzie dopiero po otrzymaniu
większej ilości danych. A nad tymi pracowali już jego ludzie.
- Generale, zadanie jest proste. Jak najszybciej mam otrzymać odpowiedź
na pytanie, o co w tym wszystkim chodziło? - powiedział premier dość
spokojnie.
Witucki kiwnął głową na znak, że rozumie. Jednocześnie był mile
zaskoczony, że szef rządu potrafił trzymać nerwy na wodzy. Nie wszyscy
jego poprzednicy mieli tyle klasy.
- Oczywiście, panie premierze. Mamy już kilka teorii. Lecz wszystkie
wymagają sprawdzenia.
- Jakie to teorie? - spytał zaciekawiony szef rady ministrów.
- Najbardziej prawdopodobną jest ta, że wszystko było zagrywką firmy PR
zajmującej się interesami Wodnego Świata.
- To wydaje się zbyt oczywiste - machnął ręką premier.
- Firma SDW słynie z prowokacyjnych działań pod publiczkę. A przyzna
pan, że to działanie zwróciło uwagę całego świata na aquapark -
ripostował Witucki.
- Owszem, lecz nie wydaje mi się, żeby właściciele konsorcjum budującego
te baseny poszli na to, nawet jeśli firma, o której pan wspomniał,
miałaby taki pomysł. Baliby się, że to się wyda. A gdyby tak się stało,
musieliby się liczyć z poważnym utrudnieniem prowadzenia interesów w naszym kraju. I nie mówię tu o sankcjach, kontrolach i tym podobnych
środkach, które z pewnością przedsię wzięliby moi zwolennicy, tylko o ostracyzmie środowiskowym.
- Być może ma pan rację - przyznał generał. - Rozpatrujemy także inne
ewentualności.
- Proszę mnie informować.
- Oczywiście, panie premierze - powiedział Witucki, zrozumiawszy, że
premier nie zamierza tracić czasu na dalsze bicie piany, a czeka
wyłącznie na konkrety.
***
Elegancko ubrana postać weszła wolno po kilku schodkach do budynku
Poczty Głównej na rogu ulic Świętokrzyskiej i Jasnej w Warszawie. Nie
spieszyło jej się, chciała załatwić sprawę szybko ze względu na piękną
pogodę. W grubych murach gmaszyska było chłodno, wręcz zimno, a ona
lubiła czuć słoneczne ciepło na twarzy. Mimo że ostatnio promienie
słońca działały na nią wyczerpująco. Upał w stolicy był nieznośny.
Wolała jednak upał niż ponurość pomieszczenia, do którego weszła.
Dlatego czym prędzej podeszła do czerwonej skrzynki i wrzuciła do niej
dwa listy. Gdy koperty znikły wewnątrz, uśmiechnęła się. Nie tylko z powodu tego, że po wykonaniu zadania mogła wracać na zewnątrz i kontynuować spacer po zalanej słońcem ulicy. Główny powód zadowolenia
był inny. Wychodząc z poczty, niemal zderzyła się z mężczyzną w ciemnoniebieskim garniturze i zielonym krawacie.
- O, jaka miła niespodzianka - powiedział zdziwiony posiadacz
niedopasowanego do stroju krawata.
- Co pan tu robi, panie pośle?
- Właściwie to jestem przelotem. Muszę wysłać poleconym jedną przesyłkę.
Pomyślałem, że wpadnę i szybko to nadam. Noszę już ją przy sobie któryś
dzień.
- Nie ma kolejki, więc chyba szybko panu pójdzie.
- To świetnie, bo zaparkowałem na zakazie. Może podwiozę? - zreflektował
się mężczyzna. - Jadę później w stronę Wiejskiej.
- Nie, dziękuję, przejdę się. Tak ładnie na zewnątrz.
- No tak, trzeba łapać witaminę D - zaśmiał się poseł. - Nie zatrzymuję
już. Kłaniam się.
- Do zobaczenia.
Poseł wszedł na pocztę i zobaczył, że wcale tak szybko nie załatwi
swojej sprawy, bo do okienek czekały co prawda tylko dwie osoby, ale
jedna z dwóch obsługujących klientów urzędniczek właśnie zaczynała
przerwę.
***
Generał Witucki wrócił na Rakowiecką w porze obiadowej i natychmiast
rozkazał adiutantowi zapoznać go ze wszystkim, co dotychczas ustaliły
ekipy pracujące w Wodnym Świecie. Kapitan Chudzik wszedł do gabinetu
szefa z plikiem dokumentów. Generał usiadł za biurkiem.
- Siadaj i mów - powiedział do adiutanta.
- No więc, wiemy już praktycznie, jak to zrobili - zaczął Chudzik. - Wąż
doprowadzający wodę był podłączony do głównego zaworu zasilającego całe
centrum. Jednak nie bezpośrednio, bo między tym nieszczęsnym hydrantem a zaworem zamontowano jeszcze dwustulitrowy pojemnik, który podłączono
tak, aby ciśnienie wody wypchnęło na zewnątrz najpierw to, co jest w tym
pojemniku, a potem dopiero do basenu miała popłynąć woda.
- To w tym pojemniku była krew? - domyślił się Witucki.
- Tak jest - przyznał Chudzik. - Całość zadziałała na zasadzie pistoletu
do malowania, tylko zamiast sprężonego powietrza wykorzystano ciśnienie
wody...
- Nie tłumacz mi, wszystko zrozumiałem! - zirytował się generał. - Tylko
kto to wszystko zamontował?
- Ci, którzy przygotowywali całość na zlecenie firmy SDW.
- Czyli jednak prowokacja zamierzona przez tę firmę eventową?
- Na pierwszy rzut oka wszystko na to wskazuje - powiedział niepewnie
Chudzik.
- Co to, kurwa, znaczy na pierwszy rzut oka? - Witucki był coraz
bardziej zdenerwowany.
- To znaczy, że SDW jedynie wynajęło podwykonawcę. Sebastian Wilczyński
ma całą korespondencję z firmą 10Plaque, która wykonywała instalację.
Przekazał nam do nich kontakt. Jednak jest pewien problem... - adiutant
wziął głęboki oddech.
- Kurwa, Chudzik. Przestań stopniować napięcie jak w jakimś serialu
sensacyjnym!
- Problem polega na tym, że ta firma nie istnieje. Regon i NIP były
zmyślone. Numer telefonu, który podał nam Wilczyński, jest wyłączony.
Operator nie wie, jak to się stało, lecz nie może podać nam danych
użytkownika, na którego była wykupiona usługa. 10Plaque to firma widmo.
- Jak to możliwe? To ten Wilczyński ich nie sprawdził?
- Twierdzi, że gdy szukał firmy hydraulicznej wykonującej nietypowe
instalacje, natrafił na nich. Gdy dowiedzieli się, o co chodzi, dali
niską cenę, bo podobno mieli to potraktować w kategoriach promocji.
Wilczyński się ucieszył, że tak podchodzą do rzeczy. Już po dwóch dniach
przedstawili mu projekt techniczny. Podobno nawet zainteresował się, co
to za pojemnik. Wytłumaczyli mu, że to zbiornik na sprężone powietrze,
które pomoże w razie zbyt niskiego ciśnienia wody. Ponieważ nie zna się
na tych technicznych sprawach, uznał, że ich tłumaczenie brzmi
wiarygodnie.
- Debil. Dlaczego niby woda miałaby się zmieszać w tej beczce ze
sprężonym powietrzem?
- Od PR-owców nie wymaga się takiej wiedzy.
- A szkoda - zauważył złośliwie Witucki. - Czy wiemy, co to za krew?
- Wiemy. Bydlęca - odparł Chudzik.
- Skąd?
- No... z krowy.
- Nie wkurwiaj mnie, Chudzik! - ryknął generał. - To przecież wiadomo.
Chodzi mi o to, skąd była ta krowa.
- Tego jeszcze nie wiemy.
- Co sądzisz o tym całym Wilczyńskim? Mógł to wymyślić dla rozgłosu? -
uspokoił się nieco generał.
- Czyjego rozgłosu? Wodnego Świata czy swojego?
- A to nie wszystko jedno?
- Nie bardzo. Wystarczający rozgłos dla parku wodnego już zyskał. Gdyby
jednak chodziło w tym wszystkim o wypromowanie własnej osoby, to musimy
założyć, że to jedynie część jego planu - odpowiedział Chudzik.
- Co przez to rozumiesz?
- W tej chwili Wilczyński czeka na audiencję u premiera. Nie wiem, jak
to zrobił, ale szef rządu zgodził się z nim spotkać - powiedział
adiutant dumny z tego, że zaskoczył tym stwierdzeniem przełożonego.
Witucki jedynie uniósł brwi ze zdziwienia. I pogrążył się w myślach.
***
Sebastian Dariusz Wilczyński był bardzo kreatywnym człowiekiem. Miał tak
od najmłodszych lat. W przedszkolu nie był jeszcze tego świadomy, że
przewyższa pod względem pomysłowości kolegów. Niemal wszyscy rówieśnicy
lubili się bawić w wymyślane przez niego zabawy. Nie wiedział, dlaczego
tak się dzieje. Jednak już w podstawówce zaczęło do niego docierać, że
nie każdy z kolegów ma tak wybujałą wyobraźnię jak on. Niektórzy nie
potrafili na poczekaniu wymyślić bajeczki dla nauczycieli, gdy była taka
potrzeba. Wilczyński potrafił zawsze wcisnąć jakiś kit. Kiedyś, zdaje
się w szóstej klasie, wmówił, że jego buty marki Converse w kolorze
bordowym, kupione przez rodziców dlatego, że były przecenione, są
ostatnim krzykiem mody za oceanem i w takich samych chodzą bracia
Jonasowie. Po tygodniu od rozpuszczenia tego fake newsa znalazł się
chłopak, który koniecznie chciał kupić jego znoszone bordowe tenisówki.
Oczywiście Sebastian wtedy nie wiedział, co to takiego fake news.
Wiedział za to, że za stare buty kupił sobie najnowszy model sportowych
najków air, o których jeszcze kilka dni wcześniej mógł jedynie pomarzyć.
Wtedy postanowił kłamać na potęgę, jeśli tylko to ma przynieść mu
pieniądze. W tej chwili jednak jego zawodowe życie było zagrożone.
Dlatego siedział pokornie w korytarzu urzędu Rady Ministrów, czekając na
zaproszenie do gabinetu, w którym prawdopodobnie przebywał premier.
Jeden z doradców prezesa Rady Ministrów był mu winny przysługę. Kiedyś
pracowali razem nad jakimś projektem, który tamten najzwyczajniej w świecie zawalił. Tak się przynajmniej mu wydawało. Wilczyński, nie
oszczędzając delikwenta, jeszcze dołożył do pieca i uświadomił mu, że
nie tylko zawalił. To było według niego, jak tłumaczył, zbyt łagodnym
określeniem. "Ty go kompletnie spierdoliłeś" - dobitnie wyartykułował.
Mocne, wulgarne słowo. "Spierdolił". Lecz w jego branży takie były na
porządku dziennym. Używając wulgaryzmów, dawało się po prostu sygnał -
jestem samcem alfa. Wulgarność była siłą, która wbijała innych w ziemię.
"Zjebałeś sprawę!" - komunikował Wilczyński. To dawało jasny przekaz.
To, co zrobił ten lub tamten, nieważne kto, było totalną porażką. Czymś
nie do rozwiązania niczym węzeł gordyjski. Ślepą uliczką. Tak miał
działać wulgaryzm. Powodować, że coś, nawet najmniejszy błąd, urastał do
niebotycznych rozmiarów. A potem? Pojawiał się rycerz na białym koniu,
który rozwiązywał problem. Rycerz, czyli on. Na szczęście wówczas
Sebastian znał wyjście z sytuacji i obecny doradca premiera wyszedł cało
z opresji. Wtedy mu pomógł, dziś nie miał żadnych skrupułów, żeby mu o tym przypomnieć i poprosić o spłatę długu.
- Pan Sebastian Wilczyński? - spytała nie za wysoka czterdziestolatka
wychodząca z gabinetu.
- Tak, to ja - odpowiedział, zrywając się z krzesła.
- Proszę za mną - powiedziała. Sebastian poszedł za nią. Nie była
atrakcyjna ani nawet nie miała jakiejś charakterystycznej cechy w wyglądzie czy ubraniu, na którą w normalnych okolicznościach zwróciłby
uwagę. Ot, po prostu urzędniczka w szarym spodniumie i marynarce. Nie
wysoka, ale i nie niska. Może trochę zbyt rozłożysta w biodrach po
urodzeniu dziecka, lecz doskonale maskowała to butami na wysokich
obcasach. A jednak coś w jej ubraniu zwróciło jego uwagę. Buty na
wysokich obcasach, które równomiernie stukały, gdy szła po podłodze
wyłożonej dębową klepką. Gdy doszli na koniec korytarza, urzędniczka
wskazał mu drzwi z prawej.
- Proszę tam poczekać. Pan premier kogoś przyśle.
- Dobrze - odpowiedział, łapiąc za klamkę. Wszedł do dość niewielkiego
jak na rozmiar budynku pomieszczenia. Było tu elegancko, lecz nie
wytwornie. W środku stała dwuosobowa sofa obszyta eleganckim, miękkim w dotyku materiałem o butelkowej barwie. Naprzeciwko niej dwa fotele w takim samym kolorze. Obite tą samą tkaniną. To wszystko przedzielone
było niskim stolikiem, właściwie ławą, z pewnością z nieco za bardzo
zdobionymi nóżkami. Jak na gust Sebastiana. Usiadł na jednym z foteli.
Po chwili zorientował się, że to chyba sofa przeznaczona jest dla
petentów, więc się przesiadł. Usiłował się poczuć komfortowo, jednak
mimo wygody, którą zapewniało siedzisko, nie mógł. Wiedział, że od tego
spotkania może zależeć cała jego przyszłość.
***
Po piętnastu minutach właściwie bezczynnego czekania drzwi się otworzyły
i do pomieszczenia, saloniku właściwie, weszła atrakcyjna
trzydziestolatka. Miała zwracające uwagę brązowe oczy, długie włosy w kolorze naturalnego blondu, rozświetlone gdzieniegdzie jaśniejszymi
pasemkami, i piękną twarz. Jednak nie taką niewinną jak naiwne
kandydatki do tytułu miss. Jej uroda była znacznie bardziej
wyrafinowana. Twarz kobiety całkowicie ją określała. Była, jak zauważył
Wilczyński, pewna siebie, świadoma walorów wizualnych, ale także
przekonana o potędze swego intelektu. Sebastian to wiedział, zanim się
odezwała.
- Po co pan to zrobił? - spytała, taksując go wzrokiem.
- Co zrobiłem? - pytanie zbiło go z tropu.
- Wylał pan wiadro pomyj na premiera... Nawet jeśli to nie były pomyje,
tylko bydlęca krew, i nie wiadro, tylko beczka... To nawet gorzej. Nie
sądzi pan?
- Nic takiego nie zrobiłem. To nie była moja wina.
- Och, jest pan tak głupi czy tylko udaje? - spytała kobieta. I nie
czekając na odpowiedź, mówiła dalej. - Czy nie pan zamówił tę całą
instalację? Oczywiście, pan! A to świadczy o winie, nawet jeśli
nieświadomej. Jeśli zrobił pan to poprzez zaniedbanie, to i tak na jedno
wychodzi. Winny!
- Podobnie jak Służba Ochrony Państwa - Wilczyński odzyskał utraconą na
chwilę pewność siebie.
- Niezły strzał - pochwalił go kobieta. - Ale chybiony. Nie jestem z SOP-u.
- Tak pomyślałem...
- ...bo jestem pewna siebie i nieco arogancka? - weszła mu w słowo
kobieta.
Sebastian pokiwał głową. Ona przez chwilę milczała.
- Dobra, nie jest pan głupi. Ale przyzna pan, że dał się pan zrobić w...
- ...balona?
- ...chuja. Dał się pan zrobić w chuja, obywatelu Wilczyński. A cały SOP
wraz z panem.
Sebastianowi spodobało się, że kobieta nie owija w bawełnę, tylko wali
prosto z mostu. Nazywa mnie obywatelem, a więc jest jakimś
urzędnikiem, pomyślał. Uśmiechnął się pod nosem.
- O, widzę, że pana rozbawiłam. Czyżby wulgarną nazwą męskiego
przyrodzenia?
- Nie, tylko o dziwo, łatwiej mi się rozmawia z osobami, które mówią to,
co myślą. Nie lubię sytuacji typu "bułkę przez bibułkę".
- Ja również - powiedziała kobieta. - Czego pan chce od premiera?
- Chcę pomóc.
- Zamówi pan pranie? Krew kiepsko się zmywa. A może chciałby pan
wyczyścić premierowi buty po tym, jak wdepnął w gówno zaplanowane przez
pana?
- Mówiłem już, że niczego nie zaplanowałem. Jestem specjalistą od
wizerunku. Mógłbym pomóc panu premierowi załagodzić ten kryzys.
Kobieta chyba nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Jednak tylko chwilę
trwało, zanim doszła do siebie. Odgarnęła włosy i, lekko uśmiechając się
dużymi sowimi oczami, powiedziała.
- Premier dziękuje za troskę, lecz nie skorzysta z pana usług.
Wilczyński być może z uwagi na urodę kobiety nie od razu zrozumiał, co
oznaczają słowa, które wypowiedziała. Jednak gdy z jej twarzy zniknął
uśmiech, dotarło do niego, że właśnie skazała go na zawodową śmierć.
- Przepraszam, ale niech pani mnie wysłucha. Proszę jedynie o minutę.
Musiało to zabrzmieć jak błaganie. Desperacko. Nie wiadomo, czy kobietę
ruszyło sumienie, czy była po prostu ciekawa, ale zgodziła się.
- Minuta. Czas start - powiedziała. - Zamieniam się w słuch.
Sebastian wziął głęboki wdech, zanim zaczął. A potem, skoncentrowawszy
się tak, jak to było tylko możliwe w jego sytuacji, w tym miejscu i przy
tej kobiecie, zaczął mówić.
- Niewątpliwie mleko się rozlało...
- Nie nazwałabym tego mlekiem. Lecz, o ironio, domyślam się, że nie bez
powodu mówi pan o mleku. Białym płynie, który w połączeniu z krwią,
którą zbryzgał pan premiera, tworzy barwy narodowe - ironizowała
kobieta.
Wilczyński ugryzł się w język.
- Przepraszam, zupełnie nie to miałem na myśli. Prosiłbym jednak o minutę bez przerywania. Wtedy zdołam powiedzieć to, co miałem na myśli,
mówiąc, że mogę pomóc.
- Słucham więc i zamykam się na minutę - powiedziała.
- W przezwyciężeniu kryzysu wizerunkowego pomaga odwrócenie od niego
uwagi. Oczywiście trudno znaleźć coś, co odwróci uwagę od tak
ekspresyjnego, mówiąc eufemistycznie, wydarzenia, jakie miało miejsce w Wodnym Świecie. Można oczywiście siedzieć cicho, nie komentować i liczyć
na cud, że coś się pojawi i uwaga świata zostanie skierowana w inną
stronę. Lecz jeśli taki cud się nie zdarzy, wówczas media będą grały tym
tematem kilka, a może nawet kilkanaście dni na pierwszych stronach. To
niekorzystne. Nawet kilka dni w takich okolicznościach na czołówkach
gazet czy portali internetowych podkopuje zaufanie, wiarygodność i profesjonalizm nie tylko premiera, lecz także służb mu podległych. To
przenosi się na cały rząd. Tylko patrzeć, aż w necie pojawią się memy
dotyczące na przykład ministra zdrowia, który nie potrafił zatamować
krwi lub podobne idiotyzmy mające na celu jedynie osłabienie polityczne
gabinetu pana premiera. Jednak na szczęście jest coś, co można
wykorzystać i rzucić na pierwsze strony gazet. Coś, co sprawi, że ludzie
nie będą chcieli już oglądać krwi na garniturze szefa rządu, ale oglądać
go w nowej roli.
Kobieta pokiwała głową, bo zrozumiała, dokąd zmierza wywód
Wilczyńskiego.
- Nie wiem, czy premier się na to zgodzi, ale warto mu to zaproponować.
Sam pan rozumie, że to, co pan proponuje, nie może być jego jednostkową
decyzją. Musiałby zapytać żony.
- A czy przekaże mu pani mój pomysł?
- To, że chce pan zagrać jego nienarodzonym jeszcze dzieckiem?
Wilczyński skinął głową.
- Nie, nie przekażę - odparła kobieta. - Sam pan mu to powie. Myślę, że
za jakieś pięć minut powinien się tu zjawić - powiedziała, otwierając
drzwi.
- A pani?
- Mnie tu nie było - odpowiedziała i zamknęła za sobą drzwi, zostawiając
Sebastiana samego w saloniku.
2
Cała redakcja niezależnego portalu informacyjnego Wtem.pl mieściła się w przestronnej kawalerce na dziesiątym piętrze nowoczesnego apartamentowca
przy ulicy Okopowej. Wojciech Dombrowski, założyciel, właściciel i redaktor naczelny portalu, dokładnie wiedział, dlaczego wynajął
mieszkanie na prowadzenie działalności właśnie tam. Po pierwsze,
potrzebny był stabilny i szybki dostęp do internetu, a w bloku był
dostęp do światłowodu i dwóch niezależnych operatorów kablowych, którzy
mogli zapewnić bardzo szybkie łącza. Oczywiście takich miejsc w Warszawie jest sporo. Dombrowski jednak szukał siedziby w reprezentacyjnym miejscu, blisko centrum i z nowoczesną infrastrukturą w pobliżu. Gdy tylko wszedł do mieszkania, od razu wiedział, że je
wynajmie. Przeszklenia na głównej ścianie salonu zapewniały niczym
niezakłócony widok na zieleń. Co prawda, za tą zielenią krył się
cmentarz Powązkowski, lecz z góry nie było widać krzyży. Wydawało się,
że przed oczyma rozciąga się widok na park. Dombrowski kiedyś był w Nowym Jorku. Zdarzyło mu się podczas podróży spać w pokoju hotelowym z widokiem na Central Park. Na Okopowej mógł codziennie wracać myślami do
tamtych czasów. Widok z apartamentu w Warszawie w niczym nie ustępował
temu na Manhattanie. Mieszkanie było niewielkie, lecz jemu niepotrzebne
były nie wiadomo jakie przestrzenie. Przede wszystkim dlatego, że
większość dziennikarzy pracowała zdalnie z domu. Księgowa firmy działała
w swoim biurze na Powiślu i także tu nie bywała. Nie musiał więc mieć
przestrzeni typowo biurowej. Dlatego w pomieszczeniu zmieściła się
kanapa z fotelem i stolikiem kawowym, w założeniu mająca służyć do
przeprowadzania wywiadów i rozmów wideo. Dwa biurka z komputerami, które
ustawił po przeciwległej stronie, obok wnęki kuchennej, były traktowane
awaryjnie, gdyby administrator portalu, grafik obrabiający teksty i zdjęcia lub jakiś autor potrzebowali natychmiast dostępu z uwagi na
przykład na problemy z ich prywatnymi urządzeniami w domach. Cały portal
działał więc właściwie zdalnie. "Outsourcing" to termin, który określał
filozofię Dombrowskiego w prowadzeniu firmy. Przez większość czasu
siedział więc w biurze sam, nie licząc tych momentów, kiedy przychodzili
tam goście na wywiady lub rzadziej zatrudniani przez niego dziennikarze.
Ci bywali raczej w celach towarzyskich niż merytorycznych. Sprawy
zawodowe załatwiali mailowo. Teraz było jednak inaczej. Anna Krolen
nazywana w branży Furią, jedna z najzdolniejszych reporterek portalu,
zaanonsowała się właśnie wideodomofonem na dole, twierdząc, że ma
prawdziwą bombę. Dombrowski wstawił wodę na herbatę, a potem podszedł do
drzwi, żeby je otworzyć, gdy tylko usłyszał odgłos windy stającej na
piętrze.
- Będzie mu radził grać synem! - niemal krzyknęła, wbiegając przez
przedpokój do głównego pomieszczenia redakcji.
- Ściągnij cugle, Anka - Dombrowski podniósł ręce do góry.
- Co? - spytała, siadając na kanapie.
- Po kolei. Kto, komu doradził, żeby grać synem?
- A tak! - zrozumiała Furia. - Już wyjaśniam. Wilczyński doradzi
premierowi, żeby wykorzystał syna, by zmyć krew z butów. Właśnie z nim
rozmawiałam.
Dombrowski zakłopotany pokiwał głową.
- Nie grzeje chyba tak mocno, żebyś dostała udaru?
- Nie rozumiesz?! - zdziwiła się Anna.
- Ni w ząb - przyznał Wojciech.
Kobieta rozłożyła ręce.
- No cóż, będę musiała wyjaśnić wszystko od początku.
- Nie mogę się doczekać - odparł Dombrowski.
- Jak wiadomo, premier, a wraz z nim cały rząd i otoczenie polityczne,
odczuwa kryzys wizerunkowy.
- Ja bym to nazwał raczej zwróceniem uwagi całego świata na Polskę -
zaśmiał się Dombrowski.
- Tym zdaniem jedynie potwierdzasz moje słowa. Z punktu widzenia
poważnego polityka to kryzys. Odpowiada za to niejaki Sebastian
Wilczyński, specjalista od PR Wodnego Świata, wcześniej uważany za
cudowne dziecko reklamy. Ja myślę, że był raczej geniuszem autoreklamy.
W każdym razie ów Wilczyński rozmawia właśnie z premierem, doradzając mu
odwrócenie uwagi od zdarzenia w aquaparku poprzez skupienie jej na
mającym się urodzić pierworodnym synu.
- Po pierwsze, skąd wiesz, że to ma być syn? Nikt przecież tego nie
potwierdził.
- Oj, przestań. Nie bądź naiwny - prychnęła Anna. - Czytaj między
wierszami. Ostatnio w Sochaczewie przy okazji rozpoczęcia jakiegoś
projektu ekologicznego premier, sadząc drzewko w miejskim parku,
powiedział, że odwieczną misją mężczyzny jest zasadzić drzewo, wybudować
dom i mieć syna. Myślisz, że gadałby tak, gdyby nie był pewny, że mu się
udało?
- Dobra, powiedzmy, że masz rację. Lecz to nie odpowiada na
najważniejsze pytanie dotyczące afery Bloodgate...
- Bloodgate? Tak to nazwałeś? - spytała Furia.
- Co o tym sądzisz? Przyjmie się? - spytał z zaciekawieniem Wojciech.
- Nie w Polsce. Ludzie nie mają świadomości, że to aluzja do Watergate.
- I to jest to! - krzyknął Dombrowski. - Odtąd będziemy tak o tym pisać.
Polska Watergate! Ironiczne i jakże nośne!
- Cieszę się, że pomogłam - powiedziała Anna. - Lecz mówiłeś coś o jakimś najważniejszym pytaniu.
- Oczywiście. Kto stoi za Watergate?
- To oczywiste - wzruszyła ramionami Furia. - Mistrz autopromocji i zwracania na siebie uwagi Sebastian Wilczyński - odpowiedziała.
***
Tymczasem mistrz autopromocji, wychodząc z budynku Rady Ministrów, nie
był pewny, czy jego argumentacja trafiła do premiera. Owszem, szef rządu
stwierdził, że się zastanowi, ale Wilczyńskiemu nie wydawało się, żeby
brał jednak jego rady na serio. Mylił się. Premier był przekonany, że
pomysł jest wyśmienity. Jedyne, co skłaniało go do wypowiadania się o nim z rezerwą, to obawa o reakcję żony. W tej chwili siedział sam w saloniku, z którego kilka minut wcześniej wyszedł Wilczyński, i rozmyślał. Jak żona przyjmie to, że będzie musiała się stać celebrytką.
Dotychczas unikała błysków fleszy, żyła spokojnie w cieniu męża i było
jej, jak przypuszczał premier, z tym dobrze. Mieszkali pod Warszawą,
skąd codziennie rządowa limuzyna zabierała go do pracy. Prawdę mówiąc,
był już zmęczony tymi codziennymi dojazdami. Uważał, że miejsce polityka
jest w centrum wydarzeń, w środku wielkiego miasta. Ona przeciwnie,
uwielbiała wieś. Po jego wyjściu do pracy zostawała, ciesząc się
spokojem, pięknym domem i zadbanym ogrodem, który był jej oczkiem w głowie. Oczywiście ostatnio nie wkładała weń tak dużo pracy jak
wcześniej. Ale która kobieta w zaawansowanej ciąży w kucki pieli grządki
kwiatowe czy przycina żywopłot. On sam zajmował się jedynie raz na dwa
tygodnie koszeniem trawnika i nie mógł powiedzieć, że było to jego
ulubione zajęcie. Cieszył się, kiedy obowiązki szefa rządu
uniemożliwiały mu zajęciem się trawą. Chętnie dawał wtedy dwadzieścia
złotych nastoletniemu synowi sąsiadów, żeby go zastąpił przy tej
robocie. Dom za miastem był marzeniem żony. Idyllą, którą wyobrażała
sobie od czasów liceum. Marzyła, że - gdy dorośnie - będzie mieszkała
właśnie w domu pełnym życia i gości. Jej młodzieńcze pragnienia się
spełniły. Śmiała się, że była gospodynią domową zatrudnioną na pełny
etat. Wykonywała swoje zadania perfekcyjnie. W domu przyjmowała gości,
bywali tu ministrowie, partyjni działacze, jak również przyjaciele jej i męża, z którymi trzymali się od czasów studiów. Nie łączyła tych dwóch
światów. Przyjęcia oficjalne dla znajomych z pracy, jak nazywała
współpracowników męża z kręgów rządowych i partyjnych, organizowała z większą dbałością o szczegóły. Wśród wierchuszki politycznej pełno było
nadętych buców i snobów łaszących się na nie wiadomo jakie menu i alkohole. Żona bezbłędnie podążała za trendami w tej kwestii. Kiedy
modne było sushi, na imprezach serwowała surową rybę. Awokado, jarmuż,
młody jęczmień. Te nazwy poznał dopiero na przyjęciach żony. Największe
zaskoczenie przeżył, gdy w okresie mody na diety pudełkowe podczas
przyjęcia gościom podano danie główne w kartonowych pudełkach. Wywołało
to istne rozbawienie wśród zaproszonego establishmentu. Natomiast z przyjaciółmi często potrafili przegadać całą noc przy piwie. Tak, jego
żona była mistrzynią w tym, co robiła. Jednak jej umiejętności były
dotychczas znane jedynie, jakkolwiek by patrzeć, dość wąskiemu gronu.
Czy wystawi się na widok publiczny? Przecież, to co zaproponował ten
specjalista od wizerunku, byłoby dla niej trzęsieniem ziemi. Nie
wiedział, czy w ogóle z nią o tym porozmawia. A do wszystkiego
dochodziła jeszcze jedna hipoteza, zasugerowana przez generała z ABW,
która nie dawała mu spokoju podczas spotkania z Wilczyńskim. Może to, co
wydarzyło się w Wodnym Świecie, było przez niego zaplanowane. Lecz nie
po to, żeby nagłośnić otwarcie aquaparku, ale po to, żeby właśnie móc
potem wyciągnąć premiera z tarapatów?
***
W tym samym czasie Magdalena, żona premiera, odpoczywała na kanapie
przed telewizorem. Oddychała dość płytko, bo brzuch jej coraz bardziej
ciążył. Nie była w stanie wejść po schodach na poddasze własnego domu
bez zadyszki, jednak nawet nie chciała słyszeć, żeby zrezygnować z niektórych codziennych obowiązków. Uważała, że wystarczająco sobie
folguje, pozwalając obcym zajmować się ogrodem i sprzątać mieszkanie.
Nie zgodziła się jednak, żeby mąż zatrudnił kucharkę do gotowania
obiadów. Magdalena nie tylko umiała, lecz także lubiła gotować i dlatego
spędzała w kuchni długie godziny każdego dnia. Właśnie skończyła
doprawiać bitki wołowe, które dusiły się na wolnym ogniu, i miała sporo
czasu na odpoczynek. Wiadomo przecież, że wołowina musi długo się
gotować, żeby zmiękła i wydobyła się z niej pełnia smaku. Pozostawało
więc czekać. Magdalena usiadła na kanapie z zamiarem obejrzenia czegoś w telewizji. Włączyła jedną ze stacji informacyjnych, które od wczoraj
wałkowały to, co zdarzyło się podczas otwarcia parku wodnego, w którym
uczestniczył jej mąż. Myśląc, że usłyszy jakieś nowe szczegóły w sprawie, zgłośniła telewizor. Na ekranie elegancko ubrany młody reporter
z napięciem w głosie przypomniał, co zdarzyło się wczoraj rano i relacjonował na żywo to, co dziennikarzom stacji udało się do tej pory
ustalić.
- ...Z hydrantu zamiast wody, ku zaskoczeniu wszystkich zaproszonych
gości, poleciała czerwona substancja przypominająca krew. Udało nam się
potwierdzić, że to rzeczywiście była krew zwierzęca, jednak na razie nie
wiadomo, kto był inicjatorem tego makabrycznego żartu. Chyba inaczej nie
można nazwać tego, co się tu stało. Przypominam, że premier polskiego
rządu miał symbolicznie otworzyć największy w Europie wodny park
rozrywki pod Warszawą...
Magdalena przez kilka minut śledziła to, co mówią w telewizji. Niczego
nowego to nie wnosiło. Nie rozumiała, dlaczego reporter tak podnieca się
tym, co już wszyscy wiedzą od wczoraj. Wyłączyła telewizor, a potem
wybrała numer męża. Odebrał niemal natychmiast.
- Co tam? - zapytał.
- Nic, chciałam cię usłyszeć. Włączyłam na chwilę telewizor. Ciągle o tym mówią. To jakiś chory żart - powiedziała do słuchawki.
- Taka jest narracja. Rzeczywiście - przyznał.
- Według mnie to był zamach - jej ton głosu świadczył o tym, że poważnie
traktuje to, co mówi. - Nawet jeśli ktoś nie chciał cię skrzywdzić
fizycznie, to z pewnością starał się osiągnąć jakieś inne cele twoim
kosztem, kochanie.
Premier był zaskoczony trafną diagnozą, którą zaprezentowała jego żona.
Postanowił więc zaryzykować i powiedzieć jej o możliwej drodze wyjścia z tej niezręcznej sytuacji.
- Doradzono mi, że nagłośnienie porodu odwróciłoby uwagę od tej krwawej
historii.
- Z pewnością. Lecz chyba nie wyobrażasz sobie, że wpuszczę kamerę na
salę szpitalną - zauważyła Magdalena.
- Oczywiście, że nie - przytaknął. - Chodzi jedynie o ustawkę. Premier
przynoszący kwiaty żonie, może jakiś plebiscyt na imię dziecka
zorganizowany w tabloidzie. Jakiś wywiad z tobą, o tym, jaki jest twój
sposób na wychowanie. Może ze mną o tym, jak wyobrażam sobie połączenie
obowiązków szefa rządu z ojcowskimi...
- Jeśli to jedyne wyjście, jestem gotowa - przerwała mu.
Tego się nie spodziewał. Nie myślał, że to będzie takie proste. W końcu
żona zawsze unikała kamer i aparatów fotograficznych. Nieczęsto bywała z nim nawet na oficjalnych bankietach, premierach filmowych i teatralnych.
A teraz od razu się zgodziła.
***
Wojciech Dombrowski zgodził się od razu na tytuł artykułu zaproponowany
przez Annę, mimo że ona sama nie była do niego przekonana.
- Krwawy poród, myślisz, że nie za ostro? To chyba zbyt w stylu
"Superaka". Chyba powinniśmy wymyślić coś innego.
- Nie, daj spokój. Musi bić po oczach. Damy jakiś fotomontaż jako
ilustrację... Na przykład łóżko szpitalne z rodzącą kobietą stojącą w basenie, do którego premier leje krew - fantazjował naczelny portalu
Wtem.pl.
- Makabra. Nie podoba mi się to - powiedziała Anna.
- Nie podoba ci się? Furia, przecież sama to wymyśliłaś.
- Wymyśliłam tytuł, a ty robisz z tego jakiś horror klasy C albo nawet
D.
- Chcę przyciągnąć czytelników do artykułu.
- A ja chcę pracować w poważnym niezależnym portalu informacyjnym,
odkrywającym ciekawe rzeczy, a nie w szukającym najtańszej sensacji
tabloidzie. Przecież taka ilustracja osłabi wiarygodność informacji -
argumentowała Anna.
- OK, nie będziemy robić szopki z fotomontażem - powiedział Wojciech.
- Cieszę się, że poszedłeś po rozum do głowy.
- Ale tytuł zostaje. Jest wykurwisty - dodał.
Anna popatrzyła na niego zdziwiona.
- Nie miałam pojęcia, że takie sformułowania znajdują się w twoim
słowniku.
- Sam nie miałem o tym pojęcia - odparł Dombrowski.
***
Generał Witucki nie miał pojęcia, czy jego teoria o tym, że za całe
zajście w Wodnym Świecie jest odpowiedzialny specjalista od wizerunku
Sebastian Wilczyński, nie jest zbyt oczywistym rozwiązaniem, jak wyraził
się premier. Jednak nie rezygnując z niej, postanowił szukać innych
możliwości. Oczywistym motywem była także walka polityczna. Komu mogło
zależeć na ośmieszeniu premiera? Na pewno opozycji, która w ostatnim
czasie nie mogła znaleźć skutecznej metody na spowodowanie spadku
popularności obecnego rządu wśród obywateli. Skoro ludziom podoba się
to, co robi szef rządu, to może niech się z niego pośmieją? To także
jest jakaś metoda na podkopanie autorytetu. Równie dobrze jednak akcja z krwawym hydrantem mogła być zaplanowana przez przeciwników politycznych
wewnątrz partii rządzącej. Przecież wiadomo, że nawet w rodzinie nie
wszyscy się kochają. Generał kazał więc dokładnie prześwietlić
powiązania polityków z właścicielami konsorcjum, które zbudowało Wodny
Świat, dostarczyć mu dokładną listę gości feralnej imprezy, a nawet
przeanalizować reakcje gości na to, co się stało. Być może ktoś nie był
zaskoczony tym, co zobaczył.
- Niestety, panie generale, ze zdjęć i filmów, które przejrzeli nasi
analitycy ze specjalistami od mowy ciała, wynika, że wszyscy uczestnicy
imprezy byli autentycznie zdziwieni, przerażeni lub zszokowani tym, co
zobaczyli. Nikt nie był rozbawiony, co mogłoby wskazywać, że wiedział
wcześniej, czego oczekiwać - relacjonował kapitan Chudzik.
- Może ktoś jest dobrym aktorem - zauważył Witucki.
- Być może, lecz tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić. Mówię jedynie
to, co wynika z naszych analiz.
- Rozumiem. Po prostu jestem zirytowany tą całą sytuacją.
Kapitan nie zamierzał komentować rozdrażnienia szefa. Choć zdawał sobie
sprawę z tego, że nie tylko on jest zdenerwowany. Nad sprawą pracowało
wielu ludzi i jak na razie stali w miejscu.
- Jeśli chodzi o obecność rywali politycznych premiera, to na otwarciu
był poseł Jan Konopka z partii chłopskiej, który walczył o tę inwestycję
w okręgu, z którego został wybrany. Jego obecność wydaje się więc
całkowicie naturalna. Premierowi towarzyszyli natomiast wicepremier
Katarzyna Godak-Szymborska i Błażej Krupiński, który co prawda startował
do Sejmu z listy opozycyjnej, lecz prywatnie panowie ponoć się lubią.
- To wszyscy?
- W Wodnym Świecie był jeszcze senator Wincenty Apolinary Prędziel. To
ciekawa postać. Jest głównym oponentem premiera w partii.
Niejednokrotnie sugerował w publicznych wypowiedziach, że obecny szef
rządu jest zbyt młody i za mało doświadczony, żeby piastować ten urząd.
- Sprawdzacie, mam nadzieję, wszystkich tak samo. Nie zawsze to, co
najbardziej oczywiste, musi być prawdą.
- Oczywiście, panie generale. Sprawdzamy wszystkie powiązania, ale na
razie niewiele mamy.
- A co ty sądzisz o całej sprawie? - spytał Witucki.
Chudzik spojrzał na szefa i uznał, że ten go nie podpuszcza.
Rzeczywiście chyba chciał poznać jego zdanie.
- Myślę, że skoro nadal błądzimy po omacku i nie natrafiliśmy
praktycznie na żaden wiarygodny ślad, poza najbardziej oczywistą
hipotezą o tym, że wszystko zaaranżował Wilczyński, to są dwie
możliwości. Albo rzeczywiście to on jest winny. Albo to dopiero początek
czegoś większego.
- Obyś się mylił, Chudzik... obyś się mylił - westchnął generał.
***
Poseł Błażej Krupiński lubił brylować w mediach i był do nich często
zapraszany. Zawistni koledzy złośliwie mówili, że częściej bywa w różnych programach telewizyjnych niż w sejmowej sali obrad. Dziś jednak
postanowił uczestniczyć w posiedzeniu nie tylko dlatego, że po tym, co
miało miejsce w wodnym parku rozrywki, jego obecność w którymkolwiek
programie publicystycznym byłaby dla niego niewygodna ze względów
polityczno-towarzyskich. Przecież wszyscy wiedzieli, że przyjaźnił się z premierem. Głównym powodem obecności w Sejmie było głosowanie w sprawie
usprawnień systemu dystrybucji żywności w Unii Europejskiej, której
Krupiński był gorącym orędownikiem. Chodziło o utworzenie szybkich
korytarzy spedycyjnych, czyli ułatwień urzędniczych dla transportu
szybko psujących się świeżych produktów regionalnych niezawierających
konserwantów. Dzięki temu rzemieślniczy francuski cydr czy świeżutki
pasztet z gęsich wątróbek mogłyby znaleźć się w polskich delikatesach
nawet tego samego dnia po wyprodukowaniu. Skorzystaliby z tego także
rodzimi wytwórcy, na przykład oscypków, które cieszyły się popularnością
w wielu częściach Europy. Krupiński nie ukrywał, że był smakoszem
lubiącym francuskie jedzenie i bardzo liczył na ratyfikację uchwały o szybkich korytarzach spedycyjnych przez polski Sejm. Siedział na swoim
miejscu nieco znudzony sprawami, o których mówił poseł sprawozdawca.
Zaczął więc się zastanawiać, co powiedzieć dziennikarzom o wydarzeniu,
które miało miejsce wczoraj rano. Co prawda był formalnie z partii
opozycyjnej, jednak stał na uroczystości tuż obok szefa rządu. Z pewnością szef klubu parlamentarnego chciałby, żeby - komentując
niefortunne otwarcie Wodnego Świata - Krupiński wytknął błędy rządzącej
ekipy, która zatrudnia w Służbie Ochrony Państwa amatorów
niepotrafiących wywiązać się z własnych zadań. Jednak Błażej nie chciał
tego robić. Oczywiście premier rozumiał, na czym polega walka
polityczna, lecz w tym przypadku nie chciał dokładać przyjacielowi
jeszcze ciosów od siebie. Wystarczyło, że obrywało mu się od innych.
Postanowił więc nie komentować sprawy, gdy dziennikarze dopadną go na
korytarzach sejmowych po posiedzeniu. Nie przypuszczał, że za godzinę
nikt nie będzie interesował się tą sprawą.