10 plag. Mówią na nią Furia - Robert Kilen

Kup ebooka

29.99 zł
26.09 zł (25,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Plaga pierw­sza

Impreza inau­gu­ra­cyjna naj­więk­szego wod­nego parku roz­rywki w Euro­pie była przy­go­to­wana per­fek­cyj­nie. Zapro­szono wielu wpły­wo­wych gości: biz­nes­me­nów, poli­ty­ków i cele­bry­tów przy­cią­ga­ją­cych dzien­ni­ka­rzy. Zadbano o odpo­wiedni ento­urage imprezy, świa­tła, nagło­śnie­nie, muzykę zapew­nia­jącą pod­nio­sły nastrój. Kon­sor­cjum, które zain­we­sto­wało grubo ponad sto milio­nów dola­rów w całe przed­się wzię­cie, dbało o odpo­wiedni roz­głos wła­ści­wie od wbi­cia pierw­szej łopaty w zie­mię. Świa­do­mość publiczna - tak to nazy­wano. Wła­ści­ciele bar­dzo zwra­cali uwagę na to, żeby poin­for­mo­wać ludzi, czyli poten­cjal­nych klien­tów, o tym, co powstaje w szcze­rym polu przy jed­nej w pol­skich auto­strad. Na początku nie było to łatwe zada­nie. Prze­cież kupno gruntu pod budowę nie mogło być naj­waż­niej­szą wia­do­mo­ścią ser­wi­sów infor­ma­cyj­nych. Lecz nawet infor­ma­cja o tym wyda­rze­niu dzięki sku­tecz­no­ści działu public rela­tions prze­biła się do mediów. To póź­niej uła­twiło dal­sze dzia­ła­nia, infor­mo­wa­nie spo­łe­czeń­stwa o roz­po­czę­ciu budowy i postę­pach prac zwią­za­nych z powsta­niem aqu­aparku. Choć trzeba zazna­czyć, że wła­ści­ciele uni­kali okre­śle­nia "aqu­apark" jak ognia. O iro­nio, ogień i woda. Twier­dzili, zresztą słusz­nie, że park wodny może powstać byle gdzie. Wiele gmin w Pol­sce sta­wia na swoim tere­nie baseny ze zjeż­dżal­niami, nazy­wa­jąc je wła­śnie aqu­aparkami. A ich przed­się wzię­cie to coś znacz­nie więk­szego niż kilka tub do zjeż­dża­nia i baseny ze sztuczną falą. Dla­tego we wszyst­kich mate­ria­łach pra­so­wych poja­wiało się okre­śle­nie "Nie­sa­mo­wity Wodny Świat". Kto wie, może ta orga­niczna nie­chęć do uży­wa­nia słowa "aqu­apark" zain­spi­ro­wała szefa do spraw pro­mo­cji do kolej­nych kro­ków pro­mo­cyj­nych. Gdy dwa mie­siące od wbi­cia pierw­szej łopaty sta­wiano gigan­tyczne kon­struk­cje beto­nowe, zor­ga­ni­zo­wano na pobli­skich polach z wido­kiem na budowę rów­nie gigan­tyczny kon­cert, któ­rego moty­wem prze­wod­nim było bra­wu­rowe wyko­na­nie kla­sycz­nego roc­ko­wego hitu Smoke On The Water grupy Deep Pur­ple przez kon­tro­wer­syjną gwiazdkę wylan­so­waną dopiero co przez jakiś talent show w TV. Jedni się zachwy­cali, a inni bez­li­to­śnie kry­ty­ko­wali inter­pre­ta­cję, która zaha­czała este­tyką o disco polo. Sam szef pro­mo­cji pra­wie zwy­mio­to­wał, gdy usły­szał, jak bożysz­cze nasto­lat­ków kale­czy roc­kowy hymn. Jed­nak wie­dział, że nie liczyło się jego zda­nie, tylko to, że do ogól­no­pol­skiej dys­ku­sji na temat pio­senki prze­biła się infor­ma­cja, że jeden z base­nów ter­mal­nych naj­więk­szego wod­nego cen­trum roz­rywki w Euro­pie będzie nazy­wał się wła­śnie Smoke On The Water. Dym, a raczej para wodna, nie­ustan­nie miała uno­sić się nad wodą, więc nazwa wyda­wała się cał­kiem ade­kwatna. Kilka tygo­dni póź­niej szef pro­mo­cji spro­wo­ko­wał na inter­ne­to­wym fan­page'u kolejną dys­ku­sję. Tym razem, rze­komo prze­pra­sza­jąc za zamie­sza­nie z Deep Pur­ple, który to zespół, jak się oka­zało, miał w Pol­sce jesz­cze cał­kiem duże grono fanów, zamie­ścił mem będący połą­cze­niem nazwy Deep Pur­ple z Pur­ple Rain, popu­lar­nej pio­senki arty­sty zna­nego jako Prince. Pod­pis suge­ro­wał, żeby nie dzie­lić muzyki na gatunki, bo prze­cież może być ona tylko dobra albo zła. Oczy­wi­ście poprawny poli­tycz­nie beł­kot był jedy­nie pre­tek­stem do ujaw­nie­nia, że jedna z kom­nat w Wod­nym Zamku, czyli kolej­nej z czę­ści Wod­nego Świata, będzie ofe­ro­wała odwie­dza­ją­cym deli­katną masu­jącą pur­pu­rową mgiełkę przy­po­mi­na­jącą cie­płe desz­cze z dżun­gli ama­zoń­skiej. Przy oka­zji udało mu się umie­ścić infor­ma­cję, że pur­pu­rowa barwa wody w tro­pi­kal­nych prysz­ni­cach będzie uzy­skana dzięki nowo­cze­snej tech­no­lo­gii LED, która obecna będzie nie­mal w każ­dym miej­scu Wod­nego Świata. Ta infor­ma­cja roz­bu­dziła wyobraź­nię jesz­cze więk­szej liczby Pola­ków. Udało się wywo­łać ssa­nie w naro­dzie. Z prze­pro­wa­dzo­nych badań opi­nii publicz­nej wyni­kało, że ludzie ocze­kują po Wod­nym Świe­cie cze­goś spek­ta­ku­lar­nego. Inwe­sto­rzy byli nie­zmier­nie zado­wo­leni z pracy agen­cji public rela­tions SDW, którą zatrud­nili. Jedy­nie nie­liczni wie­dzieli, że nazwa nie powstała od pierw­szych liter imie­nia i nazwi­ska zało­ży­ciela firmy, czyli Seba­stiana Dariu­sza Wil­czyń­skiego, choć on sam oczy­wi­ście w ten spo­sób ją tłu­ma­czył. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak tylko on wie­dział, że nazwa wymy­ślona została po tym, jak został zmu­szony do odej­ścia z dużej mię­dzy­na­ro­do­wej agen­cji rekla­mo­wej dzia­ła­ją­cej w Pol­sce. Zwol­nili go, tłu­ma­cząc się oszczęd­no­ściami, które spo­wo­do­wały reduk­cję etatu. Prawda była inna. Potrze­bo­wali pie­nię­dzy na zatrud­nie­nie nowej kochanki szefa. Młoda kobieta, któ­rej jedy­nymi zale­tami były dłu­gie nogi, napom­po­wane usta i forem­nie ufor­mo­wany na jakimś stole chi­rur­gicz­nym biust, miała zostać zastępcą dyrek­tora kre­atyw­nego. Nie miała żad­nego poję­cia o pracy w agen­cji rekla­mo­wej. Czy miała doświad­cze­nie w innego rodzaju agen­cjach, tego Dariusz nie wie­dział, lecz przy­pusz­czał, że mogła mieć. Wów­czas powie­dział sobie, że sko­pie dupę wszyst­kim. SDW. I na razie mu się to uda­wało. Po spek­ta­ku­lar­nych suk­ce­sach pod­czas budowy musiał wymy­ślić jesz­cze więk­szą akcję doty­czącą otwar­cia goto­wego już Wod­nego Świata. Swo­imi kana­łami dotarł do dorad­ców pre­miera, któ­rych prze­ko­nał, że dobrze zrobi ich pryn­cy­pa­łowi, szcze­gól­nie jeśli cho­dzi o słupki popu­lar­no­ści, gdy prze­tnie wstęgę i sym­bo­licz­nie odkręci kurek z wodą, która zacznie napeł­niać baseny naj­więk­szego wod­nego cen­trum roz­rywki w Euro­pie. Doradcy pre­miera oczy­wi­ście rozu­mieli, że przy oka­zji ich szef mógłby prze­mó­wić do narodu o tym, jak to rząd pod jego kie­row­nic­twem wspiera ini­cja­tywy gospo­dar­cze, Pol­ska przez to się roz­wija, a dowo­dem na to jest oto ta wła­śnie otwie­rana naj­więk­sza tego typu budowla na Sta­rym Kon­ty­nen­cie. Natu­ral­nie zgo­dzili się na obec­ność szefa rządu. Rów­nież dla­tego, że ich szef uwiel­biał występy publiczne, szcze­gól­nie te, gdy obiek­tywy kamer skie­ro­wane były na niego. Kla­syczne par­cie na szkło uła­twiło więc dzia­ła­nie. Seba­stian uzgod­nił z gene­ral­nym wyko­nawcą, jak popro­wa­dzić tym­cza­sowy wąż napeł­nia­jący baseny tak, żeby wyglą­dało to impo­nu­jąco. Zro­biono spe­cjalną kon­struk­cję, która przy­po­mi­nała hydrant z wiel­kim pokrę­tłem, które miał odkrę­cić pre­mier. Szef agen­cji wie­dział, że rela­cje z tego wyda­rze­nia tra­fią do naj­więk­szych wie­czor­nych wydań wia­do­mo­ści tele­wi­zyj­nych w Pol­sce, następ­nego dnia rano poja­wią się w gaze­tach. A jego agen­cja przy­go­tuje przy­naj­mniej kil­ka­na­ście memów i wirali inter­ne­to­wych z pre­mierem i gigan­tycz­nym kra­nem w rolach głów­nych, które wrzuci do sieci. "Pre­mier odkręca kurek suk­cesu" - już to widział oczyma wyobraźni. Z pew­no­ścią memy będą krą­żyć po por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych i stro­nach inter­ne­to­wych przez wiele dni. Nie prze­wi­dział jed­nak skali zja­wi­ska. W naj­śmiel­szych myślach nie przy­pusz­czał, że zdję­cia z wyda­rze­nia obie­gną nie­mal wszyst­kie świa­towe media. Tra­fią na pierw­sze strony zarówno opi­nio­twór­czych, jak i tych szma­tła­wych gazet w całej Euro­pie, rela­cję z otwar­cia pokażą CNN i inne tele­wi­zje infor­ma­cyjne. A w ame­ry­kań­skich wie­czor­nych talk-show całe zda­rze­nie będą komen­to­wać nie tylko gospo­da­rze pro­gramu, lecz także fil­mowe i muzyczne gwiazdy. Stało się tak, ponie­waż gdy pol­ski pre­mier odkrę­cił gigan­tyczny zawór, z hydrantu do basenu popły­nęła krew.

Tak mówi Pan: "Po tym poznasz, że Ja jestem Panem. Oto ude­rzę laską, którą mam w ręce, wody Nilu, a zamie­nią się w krew. Ryby Nilu poginą, a Nil wyda­wać będzie przy­krą woń, tak że Egip­cja­nie nie będą mogli pić wody z Nilu".

1

Mimo że ochrona natych­miast wypro­wa­dziła pre­miera, a olbrzymi hydrant dzięki przy­tom­no­ści kogoś z obsługi nie­mal od razu zakrę­cono, to jed­nak foto­re­por­te­rzy szyb­kimi migaw­kami apa­ra­tów udo­ku­men­to­wali całe wyda­rze­nie. Wszystko w jako­ści 4K miało także kilka ekip tele­wi­zyj­nych, które wysłały do Wod­nego Świata wozy trans­mi­syjne. Czer­wień roz­lała się po pia­sko­wej pod­ło­dze i błę­kit­nych płyt­kach, któ­rymi wyło­żony był basen. Zdję­cia były nad wyraz suge­stywne. Nie­któ­rzy z foto­gra­fów, stare wygi, zdą­żyli zro­bić także detale, takie jak cho­ciażby zapla­mione krwią buty głowy pol­skiego rządu. Następ­nego dnia w pra­sie bru­ko­wej uka­zały się pro­wo­ka­cyjne tytuły, z któ­rych naj­bar­dziej podły brzmiał: Pre­mier ma krew na butach. Z for­mal­nego punktu widze­nia było to prawdą. Jed­nak dru­gie, ukryte zna­cze­nie sfor­mu­ło­wa­nia budziło odrazę oto­cze­nia pre­zesa Rady Mini­strów. Oczy­wi­ście zupeł­nie ina­czej wyglą­dało to z prze­ciw­le­głej strony. Foto­re­por­te­rzy sprze­dali masę zdjęć rów­nież do mediów zagra­nicz­nych, cie­sząc się zastrzy­kiem gotówki. A wydawcy zacie­rali ręce, licząc zyski ze sprze­daży kolej­nych wydań gazet i tygo­dni­ków opi­nio­twór­czych, które nie tylko opi­sy­wały sytu­ację zaist­niałą pod­czas otwar­cia Wod­nego Świata, lecz także ana­li­zo­wały sym­bo­likę zda­rze­nia w kon­tek­ście walki poli­tycz­nej. Jedni twier­dzili, że pre­mier jest skoń­czony, skom­pro­mi­to­wany i ośmie­szony. Inni zarzu­cali głu­potę służ­bom, które powinny spraw­dzić wszystko przed uro­czy­sto­ścią. To pro­wo­ko­wało do suge­stii, że wszystko było zapla­no­waną akcją w celu zdys­kre­dy­to­wa­nia głowy pol­skiego rządu. Publi­cy­ści będący zwo­len­ni­kami spi­sko­wych teo­rii dzie­jów i obec­nego rządu pisali o zama­chu na pol­skość. Ci, któ­rzy byli mniej­szymi fan­ta­stami, twier­dzili jedy­nie, że to ele­ment gry poli­tycz­nej pro­wa­dzo­nej przez opo­zy­cję. Gene­rał Witucki z ABW, wezwany do sie­dziby rządu, nie wie­dział, co o tym wszyst­kim sądzić. Wolał, przy­naj­mniej w pierw­szej fazie spo­tka­nia z pre­mierem, zacho­wać powścią­gli­wość. Wie­dział, że trzeźwy osąd sytu­acji moż­liwy będzie dopiero po otrzy­ma­niu więk­szej ilo­ści danych. A nad tymi pra­co­wali już jego ludzie.

- Gene­rale, zada­nie jest pro­ste. Jak naj­szyb­ciej mam otrzy­mać odpo­wiedź na pyta­nie, o co w tym wszyst­kim cho­dziło? - powie­dział pre­mier dość spo­koj­nie.

Witucki kiw­nął głową na znak, że rozu­mie. Jed­no­cze­śnie był mile zasko­czony, że szef rządu potra­fił trzy­mać nerwy na wodzy. Nie wszy­scy jego poprzed­nicy mieli tyle klasy.

- Oczy­wi­ście, panie pre­mie­rze. Mamy już kilka teo­rii. Lecz wszyst­kie wyma­gają spraw­dze­nia.

- Jakie to teo­rie? - spy­tał zacie­ka­wiony szef rady mini­strów.

- Naj­bar­dziej praw­do­po­dobną jest ta, że wszystko było zagrywką firmy PR zaj­mu­ją­cej się inte­re­sami Wod­nego Świata.

- To wydaje się zbyt oczy­wi­ste - mach­nął ręką pre­mier.

- Firma SDW sły­nie z pro­wo­ka­cyj­nych dzia­łań pod publiczkę. A przy­zna pan, że to dzia­ła­nie zwró­ciło uwagę całego świata na aqu­apark - ripo­sto­wał Witucki.

- Ow­szem, lecz nie wydaje mi się, żeby wła­ści­ciele kon­sor­cjum budu­ją­cego te baseny poszli na to, nawet jeśli firma, o któ­rej pan wspo­mniał, mia­łaby taki pomysł. Baliby się, że to się wyda. A gdyby tak się stało, musie­liby się liczyć z poważ­nym utrud­nie­niem pro­wa­dze­nia inte­re­sów w naszym kraju. I nie mówię tu o sank­cjach, kon­tro­lach i tym podob­nych środ­kach, które z pew­no­ścią przed­się wzię­liby moi zwo­len­nicy, tylko o ostra­cy­zmie śro­do­wi­sko­wym.

- Być może ma pan rację - przy­znał gene­rał. - Roz­pa­tru­jemy także inne ewen­tu­al­no­ści.

- Pro­szę mnie infor­mo­wać.

- Oczy­wi­ście, panie pre­mie­rze - powie­dział Witucki, zro­zu­miaw­szy, że pre­mier nie zamie­rza tra­cić czasu na dal­sze bicie piany, a czeka wyłącz­nie na kon­krety.

***

Ele­gancko ubrana postać weszła wolno po kilku schod­kach do budynku Poczty Głów­nej na rogu ulic Świę­to­krzy­skiej i Jasnej w War­sza­wie. Nie spie­szyło jej się, chciała zała­twić sprawę szybko ze względu na piękną pogodę. W gru­bych murach gma­szy­ska było chłodno, wręcz zimno, a ona lubiła czuć sło­neczne cie­pło na twa­rzy. Mimo że ostat­nio pro­mie­nie słońca dzia­łały na nią wyczer­pu­jąco. Upał w sto­licy był nie­zno­śny. Wolała jed­nak upał niż ponu­rość pomiesz­cze­nia, do któ­rego weszła. Dla­tego czym prę­dzej pode­szła do czer­wo­nej skrzynki i wrzu­ciła do niej dwa listy. Gdy koperty zni­kły wewnątrz, uśmiech­nęła się. Nie tylko z powodu tego, że po wyko­na­niu zada­nia mogła wra­cać na zewnątrz i kon­ty­nu­ować spa­cer po zala­nej słoń­cem ulicy. Główny powód zado­wo­le­nia był inny. Wycho­dząc z poczty, nie­mal zde­rzyła się z męż­czy­zną w ciem­no­nie­bie­skim gar­ni­tu­rze i zie­lo­nym kra­wa­cie.

- O, jaka miła nie­spo­dzianka - powie­dział zdzi­wiony posia­dacz nie­do­pa­so­wa­nego do stroju kra­wata.

- Co pan tu robi, panie pośle?

- Wła­ści­wie to jestem prze­lo­tem. Muszę wysłać pole­co­nym jedną prze­syłkę. Pomy­śla­łem, że wpadnę i szybko to nadam. Noszę już ją przy sobie któ­ryś dzień.

- Nie ma kolejki, więc chyba szybko panu pój­dzie.

- To świet­nie, bo zapar­ko­wa­łem na zaka­zie. Może pod­wiozę? - zre­flek­to­wał się męż­czy­zna. - Jadę póź­niej w stronę Wiej­skiej.

- Nie, dzię­kuję, przejdę się. Tak ład­nie na zewnątrz.

- No tak, trzeba łapać wita­minę D - zaśmiał się poseł. - Nie zatrzy­muję już. Kła­niam się.

- Do zoba­cze­nia.

Poseł wszedł na pocztę i zoba­czył, że wcale tak szybko nie zała­twi swo­jej sprawy, bo do okie­nek cze­kały co prawda tylko dwie osoby, ale jedna z dwóch obsłu­gu­ją­cych klien­tów urzęd­ni­czek wła­śnie zaczy­nała prze­rwę.

***

Gene­rał Witucki wró­cił na Rako­wiecką w porze obia­do­wej i natych­miast roz­ka­zał adiu­tan­towi zapo­znać go ze wszyst­kim, co dotych­czas usta­liły ekipy pra­cu­jące w Wod­nym Świe­cie. Kapi­tan Chu­dzik wszedł do gabi­netu szefa z pli­kiem doku­men­tów. Gene­rał usiadł za biur­kiem.

- Sia­daj i mów - powie­dział do adiu­tanta.

- No więc, wiemy już prak­tycz­nie, jak to zro­bili - zaczął Chu­dzik. - Wąż dopro­wa­dza­jący wodę był pod­łą­czony do głów­nego zaworu zasi­la­ją­cego całe cen­trum. Jed­nak nie bez­po­śred­nio, bo mię­dzy tym nie­szczę­snym hydran­tem a zawo­rem zamon­to­wano jesz­cze dwu­stu­li­trowy pojem­nik, który pod­łą­czono tak, aby ciśnie­nie wody wypchnęło na zewnątrz naj­pierw to, co jest w tym pojem­niku, a potem dopiero do basenu miała popły­nąć woda.

- To w tym pojem­niku była krew? - domy­ślił się Witucki.

- Tak jest - przy­znał Chu­dzik. - Całość zadzia­łała na zasa­dzie pisto­letu do malo­wa­nia, tylko zamiast sprę­żo­nego powie­trza wyko­rzy­stano ciśnie­nie wody...

- Nie tłu­macz mi, wszystko zro­zu­mia­łem! - ziry­to­wał się gene­rał. - Tylko kto to wszystko zamon­to­wał?

- Ci, któ­rzy przy­go­to­wy­wali całość na zle­ce­nie firmy SDW.

- Czyli jed­nak pro­wo­ka­cja zamie­rzona przez tę firmę even­tową?

- Na pierw­szy rzut oka wszystko na to wska­zuje - powie­dział nie­pew­nie Chu­dzik.

- Co to, kurwa, zna­czy na pierw­szy rzut oka? - Witucki był coraz bar­dziej zde­ner­wo­wany.

- To zna­czy, że SDW jedy­nie wyna­jęło pod­wy­ko­nawcę. Seba­stian Wil­czyń­ski ma całą kore­spon­den­cję z firmą 10Plaque, która wyko­ny­wała insta­la­cję. Prze­ka­zał nam do nich kon­takt. Jed­nak jest pewien pro­blem... - adiu­tant wziął głę­boki oddech.

- Kurwa, Chu­dzik. Prze­stań stop­nio­wać napię­cie jak w jakimś serialu sen­sa­cyj­nym!

- Pro­blem polega na tym, że ta firma nie ist­nieje. Regon i NIP były zmy­ślone. Numer tele­fonu, który podał nam Wil­czyń­ski, jest wyłą­czony. Ope­ra­tor nie wie, jak to się stało, lecz nie może podać nam danych użyt­kow­nika, na któ­rego była wyku­piona usługa. 10Plaque to firma widmo.

- Jak to moż­liwe? To ten Wil­czyń­ski ich nie spraw­dził?

- Twier­dzi, że gdy szu­kał firmy hydrau­licz­nej wyko­nu­ją­cej nie­ty­powe insta­la­cje, natra­fił na nich. Gdy dowie­dzieli się, o co cho­dzi, dali niską cenę, bo podobno mieli to potrak­to­wać w kate­go­riach pro­mo­cji. Wil­czyń­ski się ucie­szył, że tak pod­cho­dzą do rze­czy. Już po dwóch dniach przed­sta­wili mu pro­jekt tech­niczny. Podobno nawet zain­te­re­so­wał się, co to za pojem­nik. Wytłu­ma­czyli mu, że to zbior­nik na sprę­żone powie­trze, które pomoże w razie zbyt niskiego ciśnie­nia wody. Ponie­waż nie zna się na tych tech­nicznych spra­wach, uznał, że ich tłu­ma­cze­nie brzmi wia­ry­god­nie.

- Debil. Dla­czego niby woda mia­łaby się zmie­szać w tej beczce ze sprę­żo­nym powie­trzem?

- Od PR-owców nie wymaga się takiej wie­dzy.

- A szkoda - zauwa­żył zło­śli­wie Witucki. - Czy wiemy, co to za krew?

- Wiemy. Bydlęca - odparł Chu­dzik.

- Skąd?

- No... z krowy.

- Nie wkur­wiaj mnie, Chu­dzik! - ryk­nął gene­rał. - To prze­cież wia­domo. Cho­dzi mi o to, skąd była ta krowa.

- Tego jesz­cze nie wiemy.

- Co sądzisz o tym całym Wil­czyń­skim? Mógł to wymy­ślić dla roz­głosu? - uspo­koił się nieco gene­rał.

- Czy­jego roz­głosu? Wod­nego Świata czy swo­jego?

- A to nie wszystko jedno?

- Nie bar­dzo. Wystar­cza­jący roz­głos dla parku wod­nego już zyskał. Gdyby jed­nak cho­dziło w tym wszyst­kim o wypro­mo­wa­nie wła­snej osoby, to musimy zało­żyć, że to jedy­nie część jego planu - odpo­wie­dział Chu­dzik.

- Co przez to rozu­miesz?

- W tej chwili Wil­czyń­ski czeka na audien­cję u pre­miera. Nie wiem, jak to zro­bił, ale szef rządu zgo­dził się z nim spo­tkać - powie­dział adiu­tant dumny z tego, że zasko­czył tym stwier­dze­niem prze­ło­żo­nego. Witucki jedy­nie uniósł brwi ze zdzi­wie­nia. I pogrą­żył się w myślach.

***

Seba­stian Dariusz Wil­czyń­ski był bar­dzo kre­atyw­nym czło­wie­kiem. Miał tak od naj­młod­szych lat. W przed­szkolu nie był jesz­cze tego świa­domy, że prze­wyż­sza pod wzglę­dem pomy­sło­wo­ści kole­gów. Nie­mal wszy­scy rówie­śnicy lubili się bawić w wymy­ślane przez niego zabawy. Nie wie­dział, dla­czego tak się dzieje. Jed­nak już w pod­sta­wówce zaczęło do niego docie­rać, że nie każdy z kole­gów ma tak wybu­jałą wyobraź­nię jak on. Nie­któ­rzy nie potra­fili na pocze­ka­niu wymy­ślić bajeczki dla nauczy­cieli, gdy była taka potrzeba. Wil­czyń­ski potra­fił zawsze wci­snąć jakiś kit. Kie­dyś, zdaje się w szó­stej kla­sie, wmó­wił, że jego buty marki Converse w kolo­rze bor­do­wym, kupione przez rodzi­ców dla­tego, że były prze­ce­nione, są ostat­nim krzy­kiem mody za oce­anem i w takich samych cho­dzą bra­cia Jona­so­wie. Po tygo­dniu od roz­pusz­cze­nia tego fake newsa zna­lazł się chło­pak, który koniecz­nie chciał kupić jego zno­szone bor­dowe teni­sówki. Oczy­wi­ście Seba­stian wtedy nie wie­dział, co to takiego fake news. Wie­dział za to, że za stare buty kupił sobie naj­now­szy model spor­to­wych naj­ków air, o któ­rych jesz­cze kilka dni wcze­śniej mógł jedy­nie poma­rzyć. Wtedy posta­no­wił kła­mać na potęgę, jeśli tylko to ma przy­nieść mu pie­nią­dze. W tej chwili jed­nak jego zawo­dowe życie było zagro­żone. Dla­tego sie­dział pokor­nie w kory­ta­rzu urzędu Rady Mini­strów, cze­ka­jąc na zapro­sze­nie do gabi­netu, w któ­rym praw­do­po­dob­nie prze­by­wał pre­mier. Jeden z dorad­ców pre­zesa Rady Mini­strów był mu winny przy­sługę. Kie­dyś pra­co­wali razem nad jakimś pro­jek­tem, który tam­ten naj­zwy­czaj­niej w świe­cie zawa­lił. Tak się przy­naj­mniej mu wyda­wało. Wil­czyń­ski, nie oszczę­dza­jąc deli­kwenta, jesz­cze doło­żył do pieca i uświa­do­mił mu, że nie tylko zawa­lił. To było według niego, jak tłu­ma­czył, zbyt łagod­nym okre­śle­niem. "Ty go kom­plet­nie spier­do­li­łeś" - dobit­nie wyar­ty­ku­ło­wał. Mocne, wul­garne słowo. "Spier­do­lił". Lecz w jego branży takie były na porządku dzien­nym. Uży­wa­jąc wul­ga­ry­zmów, dawało się po pro­stu sygnał - jestem sam­cem alfa. Wul­gar­ność była siłą, która wbi­jała innych w zie­mię. "Zje­ba­łeś sprawę!" - komu­ni­ko­wał Wil­czyń­ski. To dawało jasny prze­kaz. To, co zro­bił ten lub tam­ten, nie­ważne kto, było totalną porażką. Czymś nie do roz­wią­za­nia niczym węzeł gor­dyj­ski. Ślepą uliczką. Tak miał dzia­łać wul­ga­ryzm. Powo­do­wać, że coś, nawet naj­mniej­szy błąd, ura­stał do nie­bo­tycz­nych roz­mia­rów. A potem? Poja­wiał się rycerz na bia­łym koniu, który roz­wią­zy­wał pro­blem. Rycerz, czyli on. Na szczę­ście wów­czas Seba­stian znał wyj­ście z sytu­acji i obecny doradca pre­miera wyszedł cało z opre­sji. Wtedy mu pomógł, dziś nie miał żad­nych skru­pu­łów, żeby mu o tym przy­po­mnieć i popro­sić o spłatę długu.

- Pan Seba­stian Wil­czyń­ski? - spy­tała nie za wysoka czter­dzie­sto­latka wycho­dząca z gabi­netu.

- Tak, to ja - odpo­wie­dział, zry­wa­jąc się z krze­sła.

- Pro­szę za mną - powie­działa. Seba­stian poszedł za nią. Nie była atrak­cyjna ani nawet nie miała jakiejś cha­rak­te­ry­stycz­nej cechy w wyglą­dzie czy ubra­niu, na którą w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach zwró­ciłby uwagę. Ot, po pro­stu urzęd­niczka w sza­rym spodniu­mie i mary­narce. Nie wysoka, ale i nie niska. Może tro­chę zbyt roz­ło­ży­sta w bio­drach po uro­dze­niu dziecka, lecz dosko­nale masko­wała to butami na wyso­kich obca­sach. A jed­nak coś w jej ubra­niu zwró­ciło jego uwagę. Buty na wyso­kich obca­sach, które rów­no­mier­nie stu­kały, gdy szła po pod­ło­dze wyło­żo­nej dębową klepką. Gdy doszli na koniec kory­ta­rza, urzęd­niczka wska­zał mu drzwi z pra­wej.

- Pro­szę tam pocze­kać. Pan pre­mier kogoś przy­śle.

- Dobrze - odpo­wie­dział, łapiąc za klamkę. Wszedł do dość nie­wiel­kiego jak na roz­miar budynku pomiesz­cze­nia. Było tu ele­gancko, lecz nie wytwor­nie. W środku stała dwu­oso­bowa sofa obszyta ele­ganc­kim, mięk­kim w dotyku mate­ria­łem o butel­ko­wej bar­wie. Naprze­ciwko niej dwa fotele w takim samym kolo­rze. Obite tą samą tka­niną. To wszystko prze­dzie­lone było niskim sto­li­kiem, wła­ści­wie ławą, z pew­no­ścią z nieco za bar­dzo zdo­bio­nymi nóż­kami. Jak na gust Seba­stiana. Usiadł na jed­nym z foteli. Po chwili zorien­to­wał się, że to chyba sofa prze­zna­czona jest dla peten­tów, więc się prze­siadł. Usi­ło­wał się poczuć kom­for­towo, jed­nak mimo wygody, którą zapew­niało sie­dzi­sko, nie mógł. Wie­dział, że od tego spo­tka­nia może zale­żeć cała jego przy­szłość.

***

Po pięt­na­stu minu­tach wła­ści­wie bez­czyn­nego cze­ka­nia drzwi się otwo­rzyły i do pomiesz­cze­nia, salo­niku wła­ści­wie, weszła atrak­cyjna trzy­dzie­sto­latka. Miała zwra­ca­jące uwagę brą­zowe oczy, dłu­gie włosy w kolo­rze natu­ral­nego blondu, roz­świe­tlone gdzie­nie­gdzie jaśniej­szymi pasem­kami, i piękną twarz. Jed­nak nie taką nie­winną jak naiwne kan­dy­datki do tytułu miss. Jej uroda była znacz­nie bar­dziej wyra­fi­no­wana. Twarz kobiety cał­ko­wi­cie ją okre­ślała. Była, jak zauwa­żył Wil­czyń­ski, pewna sie­bie, świa­doma walo­rów wizu­al­nych, ale także prze­ko­nana o potę­dze swego inte­lektu. Seba­stian to wie­dział, zanim się ode­zwała.

- Po co pan to zro­bił? - spy­tała, tak­su­jąc go wzro­kiem.

- Co zro­bi­łem? - pyta­nie zbiło go z tropu.

- Wylał pan wia­dro pomyj na pre­miera... Nawet jeśli to nie były pomyje, tylko bydlęca krew, i nie wia­dro, tylko beczka... To nawet gorzej. Nie sądzi pan?

- Nic takiego nie zro­bi­łem. To nie była moja wina.

- Och, jest pan tak głupi czy tylko udaje? - spy­tała kobieta. I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, mówiła dalej. - Czy nie pan zamó­wił tę całą insta­la­cję? Oczy­wi­ście, pan! A to świad­czy o winie, nawet jeśli nie­świa­do­mej. Jeśli zro­bił pan to poprzez zanie­dba­nie, to i tak na jedno wycho­dzi. Winny!

- Podob­nie jak Służba Ochrony Pań­stwa - Wil­czyń­ski odzy­skał utra­coną na chwilę pew­ność sie­bie.

- Nie­zły strzał - pochwa­lił go kobieta. - Ale chy­biony. Nie jestem z SOP-u.

- Tak pomy­śla­łem...

- ...bo jestem pewna sie­bie i nieco aro­gancka? - weszła mu w słowo kobieta.

Seba­stian poki­wał głową. Ona przez chwilę mil­czała.

- Dobra, nie jest pan głupi. Ale przy­zna pan, że dał się pan zro­bić w...

- ...balona?

- ...chuja. Dał się pan zro­bić w chuja, oby­wa­telu Wil­czyń­ski. A cały SOP wraz z panem.

Seba­stia­nowi spodo­bało się, że kobieta nie owija w bawełnę, tylko wali pro­sto z mostu. Nazywa mnie oby­wa­te­lem, a więc jest jakimś urzęd­ni­kiem, pomy­ślał. Uśmiech­nął się pod nosem.

- O, widzę, że pana roz­ba­wi­łam. Czyżby wul­garną nazwą męskiego przy­ro­dze­nia?

- Nie, tylko o dziwo, łatwiej mi się roz­ma­wia z oso­bami, które mówią to, co myślą. Nie lubię sytu­acji typu "bułkę przez bibułkę".

- Ja rów­nież - powie­działa kobieta. - Czego pan chce od pre­miera?

- Chcę pomóc.

- Zamówi pan pra­nie? Krew kiep­sko się zmywa. A może chciałby pan wyczy­ścić pre­mie­rowi buty po tym, jak wdep­nął w gówno zapla­no­wane przez pana?

- Mówi­łem już, że niczego nie zapla­no­wa­łem. Jestem spe­cja­li­stą od wize­runku. Mógł­bym pomóc panu pre­mie­rowi zała­go­dzić ten kry­zys.

Kobieta chyba nie spo­dzie­wała się takiej odpo­wie­dzi. Jed­nak tylko chwilę trwało, zanim doszła do sie­bie. Odgar­nęła włosy i, lekko uśmie­cha­jąc się dużymi sowimi oczami, powie­działa.

- Pre­mier dzię­kuje za tro­skę, lecz nie sko­rzy­sta z pana usług.

Wil­czyń­ski być może z uwagi na urodę kobiety nie od razu zro­zu­miał, co ozna­czają słowa, które wypo­wie­działa. Jed­nak gdy z jej twa­rzy znik­nął uśmiech, dotarło do niego, że wła­śnie ska­zała go na zawo­dową śmierć.

- Prze­pra­szam, ale niech pani mnie wysłu­cha. Pro­szę jedy­nie o minutę.

Musiało to zabrzmieć jak bła­ga­nie. Despe­racko. Nie wia­domo, czy kobietę ruszyło sumie­nie, czy była po pro­stu cie­kawa, ale zgo­dziła się.

- Minuta. Czas start - powie­działa. - Zamie­niam się w słuch.

Seba­stian wziął głę­boki wdech, zanim zaczął. A potem, skon­cen­tro­waw­szy się tak, jak to było tylko moż­liwe w jego sytu­acji, w tym miej­scu i przy tej kobie­cie, zaczął mówić.

- Nie­wąt­pli­wie mleko się roz­lało...

- Nie nazwa­ła­bym tego mle­kiem. Lecz, o iro­nio, domy­ślam się, że nie bez powodu mówi pan o mleku. Bia­łym pły­nie, który w połą­cze­niu z krwią, którą zbry­zgał pan pre­miera, two­rzy barwy naro­dowe - iro­ni­zo­wała kobieta.

Wil­czyń­ski ugryzł się w język.

- Prze­pra­szam, zupeł­nie nie to mia­łem na myśli. Pro­sił­bym jed­nak o minutę bez prze­ry­wa­nia. Wtedy zdo­łam powie­dzieć to, co mia­łem na myśli, mówiąc, że mogę pomóc.

- Słu­cham więc i zamy­kam się na minutę - powie­działa.

- W prze­zwy­cię­że­niu kry­zysu wize­run­ko­wego pomaga odwró­ce­nie od niego uwagi. Oczy­wi­ście trudno zna­leźć coś, co odwróci uwagę od tak eks­pre­syj­nego, mówiąc eufe­mi­stycz­nie, wyda­rze­nia, jakie miało miej­sce w Wod­nym Świe­cie. Można oczy­wi­ście sie­dzieć cicho, nie komen­to­wać i liczyć na cud, że coś się pojawi i uwaga świata zosta­nie skie­ro­wana w inną stronę. Lecz jeśli taki cud się nie zda­rzy, wów­czas media będą grały tym tema­tem kilka, a może nawet kil­ka­na­ście dni na pierw­szych stro­nach. To nie­ko­rzystne. Nawet kilka dni w takich oko­licz­no­ściach na czo­łów­kach gazet czy por­tali inter­ne­to­wych pod­ko­puje zaufa­nie, wia­ry­god­ność i pro­fe­sjo­na­lizm nie tylko pre­miera, lecz także służb mu pod­le­głych. To prze­nosi się na cały rząd. Tylko patrzeć, aż w necie poja­wią się memy doty­czące na przy­kład mini­stra zdro­wia, który nie potra­fił zata­mo­wać krwi lub podobne idio­ty­zmy mające na celu jedy­nie osła­bie­nie poli­tyczne gabi­netu pana pre­miera. Jed­nak na szczę­ście jest coś, co można wyko­rzy­stać i rzu­cić na pierw­sze strony gazet. Coś, co sprawi, że ludzie nie będą chcieli już oglą­dać krwi na gar­ni­tu­rze szefa rządu, ale oglą­dać go w nowej roli.

Kobieta poki­wała głową, bo zro­zu­miała, dokąd zmie­rza wywód Wil­czyń­skiego.

- Nie wiem, czy pre­mier się na to zgo­dzi, ale warto mu to zapro­po­no­wać. Sam pan rozu­mie, że to, co pan pro­po­nuje, nie może być jego jed­nost­kową decy­zją. Musiałby zapy­tać żony.

- A czy prze­każe mu pani mój pomysł?

- To, że chce pan zagrać jego nie­na­ro­dzo­nym jesz­cze dziec­kiem?

Wil­czyń­ski ski­nął głową.

- Nie, nie prze­każę - odparła kobieta. - Sam pan mu to powie. Myślę, że za jakieś pięć minut powi­nien się tu zja­wić - powie­działa, otwie­ra­jąc drzwi.

- A pani?

- Mnie tu nie było - odpo­wie­działa i zamknęła za sobą drzwi, zosta­wia­jąc Seba­stiana samego w salo­niku.

2

Cała redak­cja nie­za­leż­nego por­talu infor­ma­cyj­nego Wtem.pl mie­ściła się w prze­stron­nej kawa­lerce na dzie­sią­tym pię­trze nowo­cze­snego apar­ta­men­towca przy ulicy Oko­po­wej. Woj­ciech Dombrow­ski, zało­ży­ciel, wła­ści­ciel i redak­tor naczelny por­talu, dokład­nie wie­dział, dla­czego wyna­jął miesz­ka­nie na pro­wa­dze­nie dzia­łal­no­ści wła­śnie tam. Po pierw­sze, potrzebny był sta­bilny i szybki dostęp do inter­netu, a w bloku był dostęp do świa­tło­wodu i dwóch nie­za­leż­nych ope­ra­to­rów kablo­wych, któ­rzy mogli zapew­nić bar­dzo szyb­kie łącza. Oczy­wi­ście takich miejsc w War­sza­wie jest sporo. Dombrow­ski jed­nak szu­kał sie­dziby w repre­zen­ta­cyj­nym miej­scu, bli­sko cen­trum i z nowo­cze­sną infra­struk­turą w pobliżu. Gdy tylko wszedł do miesz­ka­nia, od razu wie­dział, że je wynaj­mie. Prze­szkle­nia na głów­nej ścia­nie salonu zapew­niały niczym nie­za­kłó­cony widok na zie­leń. Co prawda, za tą zie­le­nią krył się cmen­tarz Powąz­kow­ski, lecz z góry nie było widać krzyży. Wyda­wało się, że przed oczyma roz­ciąga się widok na park. Dombrow­ski kie­dyś był w Nowym Jorku. Zda­rzyło mu się pod­czas podróży spać w pokoju hote­lo­wym z wido­kiem na Cen­tral Park. Na Oko­po­wej mógł codzien­nie wra­cać myślami do tam­tych cza­sów. Widok z apar­ta­mentu w War­sza­wie w niczym nie ustę­po­wał temu na Man­hat­ta­nie. Miesz­ka­nie było nie­wiel­kie, lecz jemu nie­po­trzebne były nie wia­domo jakie prze­strze­nie. Przede wszyst­kim dla­tego, że więk­szość dzien­ni­ka­rzy pra­co­wała zdal­nie z domu. Księ­gowa firmy dzia­łała w swoim biu­rze na Powi­ślu i także tu nie bywała. Nie musiał więc mieć prze­strzeni typowo biu­ro­wej. Dla­tego w pomiesz­cze­niu zmie­ściła się kanapa z fote­lem i sto­li­kiem kawo­wym, w zało­że­niu mająca słu­żyć do prze­pro­wa­dza­nia wywia­dów i roz­mów wideo. Dwa biurka z kom­pu­te­rami, które usta­wił po prze­ciw­le­głej stro­nie, obok wnęki kuchen­nej, były trak­to­wane awa­ryj­nie, gdyby admi­ni­stra­tor por­talu, gra­fik obra­bia­jący tek­sty i zdję­cia lub jakiś autor potrze­bo­wali natych­miast dostępu z uwagi na przy­kład na pro­blemy z ich pry­wat­nymi urzą­dze­niami w domach. Cały por­tal dzia­łał więc wła­ści­wie zdal­nie. "Out­so­ur­cing" to ter­min, który okre­ślał filo­zo­fię Dombrow­skiego w pro­wa­dze­niu firmy. Przez więk­szość czasu sie­dział więc w biu­rze sam, nie licząc tych momen­tów, kiedy przy­cho­dzili tam goście na wywiady lub rza­dziej zatrud­niani przez niego dzien­ni­ka­rze. Ci bywali raczej w celach towa­rzy­skich niż mery­to­rycz­nych. Sprawy zawo­dowe zała­twiali mailowo. Teraz było jed­nak ina­czej. Anna Kro­len nazy­wana w branży Furią, jedna z naj­zdol­niej­szych repor­te­rek por­talu, zaanon­so­wała się wła­śnie wide­odo­mo­fo­nem na dole, twier­dząc, że ma praw­dziwą bombę. Dombrow­ski wsta­wił wodę na her­batę, a potem pod­szedł do drzwi, żeby je otwo­rzyć, gdy tylko usły­szał odgłos windy sta­ją­cej na pię­trze.

- Będzie mu radził grać synem! - nie­mal krzyk­nęła, wbie­ga­jąc przez przed­po­kój do głów­nego pomiesz­cze­nia redak­cji.

- Ścią­gnij cugle, Anka - Dombrow­ski pod­niósł ręce do góry.

- Co? - spy­tała, sia­da­jąc na kana­pie.

- Po kolei. Kto, komu dora­dził, żeby grać synem?

- A tak! - zro­zu­miała Furia. - Już wyja­śniam. Wil­czyń­ski dora­dzi pre­mie­rowi, żeby wyko­rzy­stał syna, by zmyć krew z butów. Wła­śnie z nim roz­ma­wia­łam.

Dombrow­ski zakło­po­tany poki­wał głową.

- Nie grzeje chyba tak mocno, żebyś dostała udaru?

- Nie rozu­miesz?! - zdzi­wiła się Anna.

- Ni w ząb - przy­znał Woj­ciech.

Kobieta roz­ło­żyła ręce.

- No cóż, będę musiała wyja­śnić wszystko od początku.

- Nie mogę się docze­kać - odparł Dombrow­ski.

- Jak wia­domo, pre­mier, a wraz z nim cały rząd i oto­cze­nie poli­tyczne, odczuwa kry­zys wize­run­kowy.

- Ja bym to nazwał raczej zwró­ce­niem uwagi całego świata na Pol­skę - zaśmiał się Dombrow­ski.

- Tym zda­niem jedy­nie potwier­dzasz moje słowa. Z punktu widze­nia poważ­nego poli­tyka to kry­zys. Odpo­wiada za to nie­jaki Seba­stian Wil­czyń­ski, spe­cja­li­sta od PR Wod­nego Świata, wcze­śniej uwa­żany za cudowne dziecko reklamy. Ja myślę, że był raczej geniu­szem auto­re­klamy. W każ­dym razie ów Wil­czyń­ski roz­ma­wia wła­śnie z pre­mie­rem, dora­dza­jąc mu odwró­ce­nie uwagi od zda­rze­nia w aqu­aparku poprzez sku­pie­nie jej na mają­cym się uro­dzić pier­wo­rod­nym synu.

- Po pierw­sze, skąd wiesz, że to ma być syn? Nikt prze­cież tego nie potwier­dził.

- Oj, prze­stań. Nie bądź naiwny - prych­nęła Anna. - Czy­taj mię­dzy wier­szami. Ostat­nio w Socha­cze­wie przy oka­zji roz­po­czę­cia jakie­goś pro­jektu eko­lo­gicz­nego pre­mier, sadząc drzewko w miej­skim parku, powie­dział, że odwieczną misją męż­czy­zny jest zasa­dzić drzewo, wybu­do­wać dom i mieć syna. Myślisz, że gadałby tak, gdyby nie był pewny, że mu się udało?

- Dobra, powiedzmy, że masz rację. Lecz to nie odpo­wiada na naj­waż­niej­sze pyta­nie doty­czące afery Blo­od­gate...

- Blo­od­gate? Tak to nazwa­łeś? - spy­tała Furia.

- Co o tym sądzisz? Przyj­mie się? - spy­tał z zacie­ka­wie­niem Woj­ciech.

- Nie w Pol­sce. Ludzie nie mają świa­do­mo­ści, że to alu­zja do Water­gate.

- I to jest to! - krzyk­nął Dombrow­ski. - Odtąd będziemy tak o tym pisać. Pol­ska Water­gate! Iro­niczne i jakże nośne!

- Cie­szę się, że pomo­głam - powie­działa Anna. - Lecz mówi­łeś coś o jakimś naj­waż­niej­szym pyta­niu.

- Oczy­wi­ście. Kto stoi za Water­gate?

- To oczy­wi­ste - wzru­szyła ramio­nami Furia. - Mistrz auto­pro­mo­cji i zwra­ca­nia na sie­bie uwagi Seba­stian Wil­czyń­ski - odpo­wie­działa.

***

Tym­cza­sem mistrz auto­pro­mo­cji, wycho­dząc z budynku Rady Mini­strów, nie był pewny, czy jego argu­men­ta­cja tra­fiła do pre­miera. Ow­szem, szef rządu stwier­dził, że się zasta­nowi, ale Wil­czyń­skiemu nie wyda­wało się, żeby brał jed­nak jego rady na serio. Mylił się. Pre­mier był prze­ko­nany, że pomysł jest wyśmie­nity. Jedyne, co skła­niało go do wypo­wia­da­nia się o nim z rezerwą, to obawa o reak­cję żony. W tej chwili sie­dział sam w salo­niku, z któ­rego kilka minut wcze­śniej wyszedł Wil­czyń­ski, i roz­my­ślał. Jak żona przyj­mie to, że będzie musiała się stać cele­brytką. Dotych­czas uni­kała bły­sków fle­szy, żyła spo­koj­nie w cie­niu męża i było jej, jak przy­pusz­czał pre­mier, z tym dobrze. Miesz­kali pod War­szawą, skąd codzien­nie rzą­dowa limu­zyna zabie­rała go do pracy. Prawdę mówiąc, był już zmę­czony tymi codzien­nymi dojaz­dami. Uwa­żał, że miej­sce poli­tyka jest w cen­trum wyda­rzeń, w środku wiel­kiego mia­sta. Ona prze­ciw­nie, uwiel­biała wieś. Po jego wyj­ściu do pracy zosta­wała, cie­sząc się spo­ko­jem, pięk­nym domem i zadba­nym ogro­dem, który był jej oczkiem w gło­wie. Oczy­wi­ście ostat­nio nie wkła­dała weń tak dużo pracy jak wcze­śniej. Ale która kobieta w zaawan­so­wa­nej ciąży w kucki pieli grządki kwia­towe czy przy­cina żywo­płot. On sam zaj­mo­wał się jedy­nie raz na dwa tygo­dnie kosze­niem traw­nika i nie mógł powie­dzieć, że było to jego ulu­bione zaję­cie. Cie­szył się, kiedy obo­wiązki szefa rządu unie­moż­li­wiały mu zaję­ciem się trawą. Chęt­nie dawał wtedy dwa­dzie­ścia zło­tych nasto­let­niemu synowi sąsia­dów, żeby go zastą­pił przy tej robo­cie. Dom za mia­stem był marze­niem żony. Idyllą, którą wyobra­żała sobie od cza­sów liceum. Marzyła, że - gdy doro­śnie - będzie miesz­kała wła­śnie w domu peł­nym życia i gości. Jej mło­dzień­cze pra­gnie­nia się speł­niły. Śmiała się, że była gospo­dy­nią domową zatrud­nioną na pełny etat. Wyko­ny­wała swoje zada­nia per­fek­cyj­nie. W domu przyj­mo­wała gości, bywali tu mini­stro­wie, par­tyjni dzia­ła­cze, jak rów­nież przy­ja­ciele jej i męża, z któ­rymi trzy­mali się od cza­sów stu­diów. Nie łączyła tych dwóch świa­tów. Przy­ję­cia ofi­cjalne dla zna­jo­mych z pracy, jak nazy­wała współ­pra­cow­ni­ków męża z krę­gów rzą­do­wych i par­tyj­nych, orga­ni­zo­wała z więk­szą dba­ło­ścią o szcze­góły. Wśród wier­chuszki poli­tycz­nej pełno było nadę­tych buców i sno­bów łaszą­cych się na nie wia­domo jakie menu i alko­hole. Żona bez­błęd­nie podą­żała za tren­dami w tej kwe­stii. Kiedy modne było sushi, na impre­zach ser­wo­wała surową rybę. Awo­kado, jar­muż, młody jęcz­mień. Te nazwy poznał dopiero na przy­ję­ciach żony. Naj­więk­sze zasko­cze­nie prze­żył, gdy w okre­sie mody na diety pudeł­kowe pod­czas przy­ję­cia gościom podano danie główne w kar­to­no­wych pudeł­kach. Wywo­łało to istne roz­ba­wie­nie wśród zapro­szo­nego esta­bli­sh­mentu. Nato­miast z przy­ja­ciółmi czę­sto potra­fili prze­ga­dać całą noc przy piwie. Tak, jego żona była mistrzy­nią w tym, co robiła. Jed­nak jej umie­jęt­no­ści były dotych­czas znane jedy­nie, jak­kol­wiek by patrzeć, dość wąskiemu gronu. Czy wystawi się na widok publiczny? Prze­cież, to co zapro­po­no­wał ten spe­cja­li­sta od wize­runku, byłoby dla niej trzę­sie­niem ziemi. Nie wie­dział, czy w ogóle z nią o tym poroz­ma­wia. A do wszyst­kiego docho­dziła jesz­cze jedna hipo­teza, zasu­ge­ro­wana przez gene­rała z ABW, która nie dawała mu spo­koju pod­czas spo­tka­nia z Wil­czyń­skim. Może to, co wyda­rzyło się w Wod­nym Świe­cie, było przez niego zapla­no­wane. Lecz nie po to, żeby nagło­śnić otwar­cie aqu­aparku, ale po to, żeby wła­śnie móc potem wycią­gnąć pre­miera z tara­pa­tów?

***

W tym samym cza­sie Mag­da­lena, żona pre­miera, odpo­czy­wała na kana­pie przed tele­wi­zo­rem. Oddy­chała dość płytko, bo brzuch jej coraz bar­dziej cią­żył. Nie była w sta­nie wejść po scho­dach na pod­da­sze wła­snego domu bez zadyszki, jed­nak nawet nie chciała sły­szeć, żeby zre­zy­gno­wać z nie­któ­rych codzien­nych obo­wiąz­ków. Uwa­żała, że wystar­cza­jąco sobie fol­guje, pozwa­la­jąc obcym zaj­mo­wać się ogro­dem i sprzą­tać miesz­ka­nie. Nie zgo­dziła się jed­nak, żeby mąż zatrud­nił kucharkę do goto­wa­nia obia­dów. Mag­da­lena nie tylko umiała, lecz także lubiła goto­wać i dla­tego spę­dzała w kuchni dłu­gie godziny każ­dego dnia. Wła­śnie skoń­czyła dopra­wiać bitki wołowe, które dusiły się na wol­nym ogniu, i miała sporo czasu na odpo­czy­nek. Wia­domo prze­cież, że woło­wina musi długo się goto­wać, żeby zmię­kła i wydo­była się z niej peł­nia smaku. Pozo­sta­wało więc cze­kać. Mag­da­lena usia­dła na kana­pie z zamia­rem obej­rze­nia cze­goś w tele­wi­zji. Włą­czyła jedną ze sta­cji infor­ma­cyj­nych, które od wczo­raj wał­ko­wały to, co zda­rzyło się pod­czas otwar­cia parku wod­nego, w któ­rym uczest­ni­czył jej mąż. Myśląc, że usły­szy jakieś nowe szcze­góły w spra­wie, zgło­śniła tele­wi­zor. Na ekra­nie ele­gancko ubrany młody repor­ter z napię­ciem w gło­sie przy­po­mniał, co zda­rzyło się wczo­raj rano i rela­cjo­no­wał na żywo to, co dzien­ni­ka­rzom sta­cji udało się do tej pory usta­lić.

- ...Z hydrantu zamiast wody, ku zasko­cze­niu wszyst­kich zapro­szo­nych gości, pole­ciała czer­wona sub­stan­cja przy­po­mi­na­jąca krew. Udało nam się potwier­dzić, że to rze­czy­wi­ście była krew zwie­rzęca, jed­nak na razie nie wia­domo, kto był ini­cja­to­rem tego maka­brycz­nego żartu. Chyba ina­czej nie można nazwać tego, co się tu stało. Przy­po­mi­nam, że pre­mier pol­skiego rządu miał sym­bo­licz­nie otwo­rzyć naj­więk­szy w Euro­pie wodny park roz­rywki pod War­szawą...

Mag­da­lena przez kilka minut śle­dziła to, co mówią w tele­wi­zji. Niczego nowego to nie wno­siło. Nie rozu­miała, dla­czego repor­ter tak pod­nieca się tym, co już wszy­scy wie­dzą od wczo­raj. Wyłą­czyła tele­wi­zor, a potem wybrała numer męża. Ode­brał nie­mal natych­miast.

- Co tam? - zapy­tał.

- Nic, chcia­łam cię usły­szeć. Włą­czy­łam na chwilę tele­wi­zor. Cią­gle o tym mówią. To jakiś chory żart - powie­działa do słu­chawki.

- Taka jest nar­ra­cja. Rze­czy­wi­ście - przy­znał.

- Według mnie to był zamach - jej ton głosu świad­czył o tym, że poważ­nie trak­tuje to, co mówi. - Nawet jeśli ktoś nie chciał cię skrzyw­dzić fizycz­nie, to z pew­no­ścią sta­rał się osią­gnąć jakieś inne cele twoim kosz­tem, kocha­nie.

Pre­mier był zasko­czony trafną dia­gnozą, którą zapre­zen­to­wała jego żona. Posta­no­wił więc zary­zy­ko­wać i powie­dzieć jej o moż­li­wej dro­dze wyj­ścia z tej nie­zręcz­nej sytu­acji.

- Dora­dzono mi, że nagło­śnie­nie porodu odwró­ci­łoby uwagę od tej krwa­wej histo­rii.

- Z pew­no­ścią. Lecz chyba nie wyobra­żasz sobie, że wpusz­czę kamerę na salę szpi­talną - zauwa­żyła Mag­da­lena.

- Oczy­wi­ście, że nie - przy­tak­nął. - Cho­dzi jedy­nie o ustawkę. Pre­mier przy­no­szący kwiaty żonie, może jakiś ple­bi­scyt na imię dziecka zor­ga­ni­zo­wany w tablo­idzie. Jakiś wywiad z tobą, o tym, jaki jest twój spo­sób na wycho­wa­nie. Może ze mną o tym, jak wyobra­żam sobie połą­cze­nie obo­wiąz­ków szefa rządu z ojcow­skimi...

- Jeśli to jedyne wyj­ście, jestem gotowa - prze­rwała mu.

Tego się nie spo­dzie­wał. Nie myślał, że to będzie takie pro­ste. W końcu żona zawsze uni­kała kamer i apa­ra­tów foto­gra­ficz­nych. Nie­czę­sto bywała z nim nawet na ofi­cjal­nych ban­kie­tach, pre­mie­rach fil­mo­wych i teatral­nych. A teraz od razu się zgo­dziła.

***

Woj­ciech Dombrow­ski zgo­dził się od razu na tytuł arty­kułu zapro­po­no­wany przez Annę, mimo że ona sama nie była do niego prze­ko­nana.

- Krwawy poród, myślisz, że nie za ostro? To chyba zbyt w stylu "Super­aka". Chyba powin­ni­śmy wymy­ślić coś innego.

- Nie, daj spo­kój. Musi bić po oczach. Damy jakiś foto­mon­taż jako ilu­stra­cję... Na przy­kład łóżko szpi­talne z rodzącą kobietą sto­jącą w base­nie, do któ­rego pre­mier leje krew - fan­ta­zjo­wał naczelny por­talu Wtem.pl.

- Maka­bra. Nie podoba mi się to - powie­działa Anna.

- Nie podoba ci się? Furia, prze­cież sama to wymy­śli­łaś.

- Wymy­śli­łam tytuł, a ty robisz z tego jakiś hor­ror klasy C albo nawet D.

- Chcę przy­cią­gnąć czy­tel­ni­ków do arty­kułu.

- A ja chcę pra­co­wać w poważ­nym nie­za­leż­nym por­talu infor­ma­cyj­nym, odkry­wa­ją­cym cie­kawe rze­czy, a nie w szu­ka­ją­cym naj­tań­szej sen­sa­cji tablo­idzie. Prze­cież taka ilu­stra­cja osłabi wia­ry­god­ność infor­ma­cji - argu­men­to­wała Anna.

- OK, nie będziemy robić szopki z foto­mon­ta­żem - powie­dział Woj­ciech.

- Cie­szę się, że posze­dłeś po rozum do głowy.

- Ale tytuł zostaje. Jest wykur­wi­sty - dodał.

Anna popa­trzyła na niego zdzi­wiona.

- Nie mia­łam poję­cia, że takie sfor­mu­ło­wa­nia znaj­dują się w twoim słow­niku.

- Sam nie mia­łem o tym poję­cia - odparł Dombrow­ski.

***

Gene­rał Witucki nie miał poję­cia, czy jego teo­ria o tym, że za całe zaj­ście w Wod­nym Świe­cie jest odpo­wie­dzialny spe­cja­li­sta od wize­runku Seba­stian Wil­czyń­ski, nie jest zbyt oczy­wi­stym roz­wią­za­niem, jak wyra­ził się pre­mier. Jed­nak nie rezy­gnu­jąc z niej, posta­no­wił szu­kać innych moż­li­wo­ści. Oczy­wi­stym moty­wem była także walka poli­tyczna. Komu mogło zale­żeć na ośmie­sze­niu pre­miera? Na pewno opo­zy­cji, która w ostat­nim cza­sie nie mogła zna­leźć sku­tecz­nej metody na spo­wo­do­wa­nie spadku popu­lar­no­ści obec­nego rządu wśród oby­wa­teli. Skoro ludziom podoba się to, co robi szef rządu, to może niech się z niego pośmieją? To także jest jakaś metoda na pod­ko­pa­nie auto­ry­tetu. Rów­nie dobrze jed­nak akcja z krwa­wym hydran­tem mogła być zapla­no­wana przez prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych wewnątrz par­tii rzą­dzą­cej. Prze­cież wia­domo, że nawet w rodzi­nie nie wszy­scy się kochają. Gene­rał kazał więc dokład­nie prze­świe­tlić powią­za­nia poli­ty­ków z wła­ści­cie­lami kon­sor­cjum, które zbu­do­wało Wodny Świat, dostar­czyć mu dokładną listę gości feral­nej imprezy, a nawet prze­ana­li­zo­wać reak­cje gości na to, co się stało. Być może ktoś nie był zasko­czony tym, co zoba­czył.

- Nie­stety, panie gene­rale, ze zdjęć i fil­mów, które przej­rzeli nasi ana­li­tycy ze spe­cja­li­stami od mowy ciała, wynika, że wszy­scy uczest­nicy imprezy byli auten­tycz­nie zdzi­wieni, prze­ra­żeni lub zszo­ko­wani tym, co zoba­czyli. Nikt nie był roz­ba­wiony, co mogłoby wska­zy­wać, że wie­dział wcze­śniej, czego ocze­ki­wać - rela­cjo­no­wał kapi­tan Chu­dzik.

- Może ktoś jest dobrym akto­rem - zauwa­żył Witucki.

- Być może, lecz tego nie jeste­śmy w sta­nie stwier­dzić. Mówię jedy­nie to, co wynika z naszych ana­liz.

- Rozu­miem. Po pro­stu jestem ziry­to­wany tą całą sytu­acją.

Kapi­tan nie zamie­rzał komen­to­wać roz­draż­nie­nia szefa. Choć zda­wał sobie sprawę z tego, że nie tylko on jest zde­ner­wo­wany. Nad sprawą pra­co­wało wielu ludzi i jak na razie stali w miej­scu.

- Jeśli cho­dzi o obec­ność rywali poli­tycz­nych pre­miera, to na otwar­ciu był poseł Jan Konopka z par­tii chłop­skiej, który wal­czył o tę inwe­sty­cję w okręgu, z któ­rego został wybrany. Jego obec­ność wydaje się więc cał­ko­wi­cie natu­ralna. Pre­mie­rowi towa­rzy­szyli nato­miast wice­pre­mier Kata­rzyna Godak-Szym­bor­ska i Bła­żej Kru­piń­ski, który co prawda star­to­wał do Sejmu z listy opo­zy­cyj­nej, lecz pry­wat­nie pano­wie ponoć się lubią.

- To wszy­scy?

- W Wod­nym Świe­cie był jesz­cze sena­tor Win­centy Apo­li­nary Prę­dziel. To cie­kawa postać. Jest głów­nym opo­nen­tem pre­miera w par­tii. Nie­jed­no­krot­nie suge­ro­wał w publicz­nych wypo­wie­dziach, że obecny szef rządu jest zbyt młody i za mało doświad­czony, żeby pia­sto­wać ten urząd.

- Spraw­dza­cie, mam nadzieję, wszyst­kich tak samo. Nie zawsze to, co naj­bar­dziej oczy­wi­ste, musi być prawdą.

- Oczy­wi­ście, panie gene­rale. Spraw­dzamy wszyst­kie powią­za­nia, ale na razie nie­wiele mamy.

- A co ty sądzisz o całej spra­wie? - spy­tał Witucki.

Chu­dzik spoj­rzał na szefa i uznał, że ten go nie pod­pusz­cza. Rze­czy­wi­ście chyba chciał poznać jego zda­nie.

- Myślę, że skoro na­dal błą­dzimy po omacku i nie natra­fi­li­śmy prak­tycz­nie na żaden wia­ry­godny ślad, poza naj­bar­dziej oczy­wi­stą hipo­tezą o tym, że wszystko zaaran­żo­wał Wil­czyń­ski, to są dwie moż­li­wo­ści. Albo rze­czy­wi­ście to on jest winny. Albo to dopiero począ­tek cze­goś więk­szego.

- Obyś się mylił, Chu­dzik... obyś się mylił - wes­tchnął gene­rał.

***

Poseł Bła­żej Kru­piń­ski lubił bry­lo­wać w mediach i był do nich czę­sto zapra­szany. Zawistni kole­dzy zło­śli­wie mówili, że czę­ściej bywa w róż­nych pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych niż w sej­mo­wej sali obrad. Dziś jed­nak posta­no­wił uczest­ni­czyć w posie­dze­niu nie tylko dla­tego, że po tym, co miało miej­sce w wod­nym parku roz­rywki, jego obec­ność w któ­rym­kol­wiek pro­gra­mie publi­cy­stycz­nym byłaby dla niego nie­wy­godna ze wzglę­dów poli­tyczno-towa­rzy­skich. Prze­cież wszy­scy wie­dzieli, że przy­jaź­nił się z pre­mie­rem. Głów­nym powo­dem obec­no­ści w Sej­mie było gło­so­wa­nie w spra­wie uspraw­nień sys­temu dys­try­bu­cji żyw­no­ści w Unii Euro­pej­skiej, któ­rej Kru­piń­ski był gorą­cym orę­dow­ni­kiem. Cho­dziło o utwo­rze­nie szyb­kich kory­ta­rzy spe­dy­cyj­nych, czyli uła­twień urzęd­ni­czych dla trans­portu szybko psu­ją­cych się świe­żych pro­duk­tów regio­nal­nych nie­za­wie­ra­ją­cych kon­ser­wan­tów. Dzięki temu rze­mieśl­ni­czy fran­cu­ski cydr czy świe­żutki pasz­tet z gęsich wątró­bek mogłyby zna­leźć się w pol­skich deli­ka­te­sach nawet tego samego dnia po wypro­du­ko­wa­niu. Sko­rzy­sta­liby z tego także rodzimi wytwórcy, na przy­kład oscyp­ków, które cie­szyły się popu­lar­no­ścią w wielu czę­ściach Europy. Kru­piń­ski nie ukry­wał, że był sma­ko­szem lubią­cym fran­cu­skie jedze­nie i bar­dzo liczył na raty­fi­ka­cję uchwały o szyb­kich kory­ta­rzach spe­dy­cyj­nych przez pol­ski Sejm. Sie­dział na swoim miej­scu nieco znu­dzony spra­wami, o któ­rych mówił poseł spra­woz­dawca. Zaczął więc się zasta­na­wiać, co powie­dzieć dzien­ni­ka­rzom o wyda­rze­niu, które miało miej­sce wczo­raj rano. Co prawda był for­mal­nie z par­tii opo­zy­cyj­nej, jed­nak stał na uro­czy­sto­ści tuż obok szefa rządu. Z pew­no­ścią szef klubu par­la­men­tar­nego chciałby, żeby - komen­tu­jąc nie­for­tunne otwar­cie Wod­nego Świata - Kru­piń­ski wytknął błędy rzą­dzą­cej ekipy, która zatrud­nia w Służ­bie Ochrony Pań­stwa ama­to­rów nie­po­tra­fią­cych wywią­zać się z wła­snych zadań. Jed­nak Bła­żej nie chciał tego robić. Oczy­wi­ście pre­mier rozu­miał, na czym polega walka poli­tyczna, lecz w tym przy­padku nie chciał dokła­dać przy­ja­cie­lowi jesz­cze cio­sów od sie­bie. Wystar­czyło, że obry­wało mu się od innych. Posta­no­wił więc nie komen­to­wać sprawy, gdy dzien­ni­ka­rze dopadną go na kory­ta­rzach sej­mo­wych po posie­dze­niu. Nie przy­pusz­czał, że za godzinę nikt nie będzie inte­re­so­wał się tą sprawą.

Plaga druga

Pierw­sza poja­wiła się na kory­ta­rzu, kiedy Ewa Wal­new­ska, która rela­cjo­no­wała obrady Sejmu, wła­śnie cze­kała na wej­ścia na żywo do ser­wisu infor­ma­cyj­nego. Jak zwy­kle była per­fek­cyj­nie przy­go­to­wana. Dosko­nale pamię­tała wszystko to, co miała powie­dzieć. Wszel­kie infor­ma­cje, które prze­każe i wnio­ski, które zamie­rzała wygło­sić. Roz­grze­wała wła­śnie struny gło­sowe, powta­rza­jąc w kółko samo­gło­ski e, a, o, u, y, i. Zawsze to robiła, nie chcąc się prze­ję­zy­czyć pod­czas poda­wa­nia istot­nych i nie­rzadko skom­pli­ko­wa­nych infor­ma­cji z par­la­mentu. Dbała o to, żeby widz zro­zu­miał dokład­nie, o co cho­dzi w zagad­nie­niu, które rela­cjo­nuje. Nale­żała do nie­licz­nych wyjąt­ków pod tym wzglę­dem. Młode siksy z innych tele­wi­zji, które poja­wiały się i zni­kały z kory­ta­rzy sej­mo­wych, gdy oka­zy­wało się, że nie rozu­mieją, o czym mówią, z oczy­wi­stych wzglę­dów nie zwra­cały uwagi na prze­kaz. Ich głów­nym zmar­twie­niem było to, jak wyglą­dają. Ewa nie mogła kon­ku­ro­wać z nimi, jeśli cho­dzi o wygląd. Jed­nak pod innymi wzglę­dami była nie do zastą­pie­nia. Cza­sem oka­zy­wało się, że jako jedyna z dzien­ni­ka­rzy obec­nych w Sej­mie potrafi zaha­czyć jakie­goś mniej roz­gar­nię­tego posła o wyrok Try­bu­nału Kon­sty­tu­cyj­nego sprzed paru lat, który miał podobno wiele wspól­nego z obecną sprawą. Nie­kiedy po pro­stu strze­lała do nadę­tego par­la­men­ta­rzy­sty pyta­niem, które nie­mal zawsze dzia­łało: czy to jest zgodne z kon­sty­tu­cją? Nadęty robił się wtedy jesz­cze bar­dziej nadęty, bo do odpo­wie­dzi na to pyta­nie trzeba było znać kon­sty­tu­cję. Wal­new­ska była starą wyja­daczką. Wie­działa, co robi. Choć nie mogła kon­ku­ro­wać z blond repor­ter­kami pod wzglę­dem wyglądu, stała się nie­mal kul­tową dzien­ni­karką w Sej­mie. Co naj­mniej kilka jej rela­cji z prze­ło­mo­wych wyda­rzeń w życiu pol­skiego par­la­mentu krą­żyło jak legendy wśród mło­dych repor­te­rów. Jedni opo­wia­dali, dru­dzy słu­chali o tym, jak kie­dyś Ewa nie­mal weszła z kamerą za pew­nym posłem, od któ­rego chciała komen­tarz, do męskiej toa­lety. Gdy poseł w końcu odwró­cił się, otwie­ra­jąc drzwi ubi­ka­cji i zwró­cił jej uwagę, że jej zacho­wa­nie jest nie na miej­scu, jak gdyby ni­gdy nic spy­tała: "Będzie ciężko to prze­gło­so­wać, panie pośle?". "Oczy­wi­ście, że będzie ciężko" - odpo­wie­dział i wszedł do środka. Gdy wyemi­to­wała to tele­wi­zja, ubaw miała cała Pol­ska. Wie­działa, co robi. Syn Ewy powie­dział jej, że nawet w jego szkole, gdy ktoś pod­nosi na lek­cji rękę z prośbą o wyj­ście do kibla, kole­dzy pytają się, czy będzie mu tam ciężko? Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wszy­scy rżą ze śmie­chu. Ewa pamię­tała, że za ten mate­riał dostała nawet pre­mię z uza­sad­nie­niem: "za zatwar­działe gło­so­wa­nie", co miało być ewi­dent­nie alu­zją do zatwar­dze­nia. Tak, Wal­new­ska była ikoną dzien­ni­kar­stwa w Sej­mie. Mimo tej świa­do­mo­ści nie odbiła jej palma. Ni­gdy nikt nie powie­dział, że ude­rzyła jej do głowy woda sodowa. Przez cały czas, nie­zmien­nie od nie­mal dwu­dzie­stu pię­ciu lat, sta­rała się być obiek­tywna. Nie fawo­ry­zo­wała żad­nej ze stron poli­tycz­nego kon­fliktu wpi­sa­nego prze­cież w demo­kra­cję. Jed­nak zauwa­żała zmiany. Kil­ka­na­ście lat temu nie byłoby moż­liwe coś, co dziś było na porządku dzien­nym. Scha­mie­nie języka par­la­men­tar­nego było bez­sprzeczne. Par­la­men­ta­rzy­ści coraz śmie­lej poczy­nali sobie w para­fra­zo­wa­niu wul­ga­ry­zmów w celu okre­śle­nia prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych. Wal­new­ska nie zasta­na­wiała się nad przy­czy­nami tego zja­wi­ska, choć kole­dzy z innych redak­cji wyka­zy­wali, że obecni przed­sta­wi­ciele narodu wycho­wy­wali się w cza­sach, kiedy w mediach pato­lo­gia stała się nor­mal­no­ścią, a to musiało prze­ło­żyć się także na poziom dys­ku­sji poli­tycz­nej. W jej oczach w każ­dej kolej­nej kaden­cji wybrańcy narodu posłu­gi­wali się języ­kiem, nomen omen, coraz mniej par­la­men­tar­nym. Nie oce­niała, jedy­nie obser­wo­wała zja­wi­sko. Nie przy­pusz­czała jed­nak, że ona sama sta­nie się sym­bo­lem wul­gar­no­ści dzien­ni­ka­rzy. Gdy ope­ra­tor dał jej sygnał, że za chwilę wcho­dzą na antenę i zaczął odli­czać: "pięć, cztery, trzy...", przy "trzy" Ewa wzięła głę­boki oddech, by móc wystrze­lić rela­cję z pre­cy­zją snaj­pera bez żad­nych pomy­łek. Lecz gdy dostała sygnał, że jest na ante­nie, otwo­rzyła usta, ale zamiast rela­cji powie­działa jedy­nie: "O kurwa! A co ona tu robi?". Pierw­sza poja­wiała się na kory­ta­rzu... tuż obok nóg ope­ra­tora. Następne zaczęły wycho­dzić dosłow­nie z każ­dego kąta. Po dwu­dzie­stu sekun­dach były dosłow­nie wszę­dzie. Ewa, mimo nie­cen­zu­ral­nego występu, nie stra­ciła zim­nej krwi. Nie myślała, co będzie potem. Czy naczelny ją wywali, zawiesi, czy tym jed­nym wybry­kiem prze­kre­śliła kil­ka­dzie­siąt lat kariery zawo­do­wej. Obu­dził się w niej bowiem praw­dziwy repor­ter­ski zew. Być może inni uwa­żali, że ni­gdy nie był uśpiony, lecz ona wewnątrz wie­działa, że się już wypala. To, co zoba­czyła, dało jej jed­nak takiego kopa, że poczuła się, jakby znowu to, co robiła, stało się ważne. Wie­działa, że to prze­ło­mowa chwila w pol­skim par­la­men­cie. I mimo tego, a może wła­śnie przez to, że rela­cja zaczęła się wul­ga­ry­zmem, nikt nie przesta­nie tego oglą­dać. Wie­działa, co robi. Powie­działa, żeby ope­ra­tor skie­ro­wał kamerę na mar­mu­rową pod­łogę i zaczął fil­mo­wać setki żab, które poja­wiły się, nie wia­domo skąd.

Wtedy rzekł Pan do Moj­że­sza: "Idź do fara­ona i powiedz mu: "To mówi Pan: Wypuść lud mój, aby Mi słu­żył. A jeżeli ich nie wypu­ścisz, to dotknę cały kraj twój plagą żab. Nil zaroi się od żab. Wejdą do pałacu twego, do sypialni two­jej, do łoża twego, do domów sług two­ich i ludu twego, jak rów­nież do two­ich pie­ców i do dzież two­ich. Żaby wśli­zną się i do cie­bie, i do twego ludu oraz do two­ich sług"".

3

W redak­cji por­talu Wtem.pl na ścia­nie były zamo­co­wane trzy tele­wi­zory, które non stop nasta­wione były na pro­gramy tele­wi­zji infor­ma­cyj­nych. Woj­ciech Dombrow­ski lubił wie­dzieć, co się dzieje. A nawet można powie­dzieć, że uza­leż­nił się od infor­ma­cji. Dla­tego był wyczu­lony na każde nowe szcze­góły wyda­rzeń, które sta­no­wiły pożywkę dla mediów. Obser­wu­jąc dziś rela­cje repor­te­rów kana­łów infor­ma­cyj­nych, był zado­wo­lony, że żadna ze sta­cji nie miała jesz­cze infor­ma­cji o tym, że pre­mier będzie chciał uro­dzi­nami dziecka odwró­cić uwagę od incy­dentu z krwią. Wie­dział, że zapla­no­wana przez niego na godziny wcze­sno­po­po­łu­dniowe, kiedy wielu ludzi w pracy znu­dzo­nych sięga po smart­fony i prze­gląda inter­net, pre­miera arty­kułu Anny Kro­len może się świet­nie kli­kać z uwagi na to, że tekst był czymś nowym. Kro­kiem naprzód, cią­giem przy­czy­nowo-skut­ko­wym wyda­rze­nia, które od wczo­raj roz­grze­wało całą Pol­skę. Anna sie­działa wła­śnie nad ostat­nim szli­fem arty­kułu, lubiła cyze­lo­wać każde słowo. Dombrow­ski sie­dział na kana­pie i gapił się w ekrany. Za chwilę miała być rela­cja Ewy Wal­new­skiej, jego ulu­bio­nej repor­terki par­la­men­tar­nej. Zgło­śnił więc sta­cję TVP24 w ocze­ki­wa­niu na to, aż nie­wy­soka, krótko ostrzy­żona bru­netka pojawi się na ekra­nie.

- Ścisz, bo nie mogę się sku­pić! - krzyk­nęła Furia koń­cząca arty­kuł.

- Muszę wie­dzieć, czy nie mają tego co my - odpo­wie­dział.

- A ja muszę być pewna, że tekst jest w stu pro­cen­tach taki, jak chcę.

- Za moment ści­szę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki