10 opowiadań - Tomasz Jaworski

Reflow text when sidebars are open.
Jarmark staroci tonął w kałużach i błocie. Od kilku dni mżył, a raczej pochlapywał z przerwami zimny kwietniowy deszcz. Chwilami pojawiały się na sinym niebie płatki śniegu, ale szybko topniały na asfalcie i w licznych kałużach.
Uparci bywalcy niedzielnej giełdy staroci brodzili w rozmiękłej mazi. Wymijali się z trudem, wędrując zygzakami po suchych miejscach.
Nie wypatrzyłem dla siebie nic ciekawego. Handlarzy było niewielu, siedzieli skuleni pod parasolami albo przykryci skleconymi naprędce prowizorycznymi zadaszeniami z byle czego, z folii, brezentu, jakiegoś nieprzemakalnego płaszcza. To wszystko było byle jak powiązane sznurkiem lub drutem i oparte na znalezionych w śmietniku listewkach lub metalowych prętach.
Wielu z tych handlarzy znałem z widzenia od lat, często bowiem odwiedzałem to miejsce.
Po zewnętrznej stronie ogrodzenia tradycyjnie mieli swoje stragany drobni, młodsi stażem sprzedawcy, dysponujący słabszym towarem – amatorzy wśród amatorów – im dalej od wejścia, tym bardziej spadała ranga towaru, aż do ofert beznadziejnych przy samym przystanku autobusowym, gdzie swoje stoiska na rozłożonych gazetach prezentowały zdziwaczałe staruszki, niedołężni starcy, Ukraińcy i Cyganie. Tam oferowano zmętniałe kieliszki, porcelanę, poplamione książki kucharskie, plastikowe, lekko uszkodzone zabawki, a to miśka pluszowego bez oka, a to wóz strażacki bez koła, lekko przebity ponton z PCV, taśmę izolacyjną elektryczną, przeterminowany szampon, pumeks i gumki apteczne, wyświechtane pisemka pornograficzne sprzed czterdziestu lat na błyszczącym papierze, uszkodzone poroże bawołu z kawałkiem szczęki.
Właśnie na zewnątrz placu rozłożył swoje legowisko znany mi z widzenia handlarz. Zajmował zwykle duży, niemal czterokrotnie większy od normalnie zajmowanego obszar, na którym rozrzucał straszliwe graty pozbierane z wypalonych domów, zapomnianych komórek – w celu dobrania się do nich trzeba było wcześniej przepiłować zardzewiałą kłódkę, żeby wydobyć oblepione pajęczynami koła do furmanek, połamane podkowy, pogięte skoble, dziurawe wiadra i pordzewiałe, pokrzywione wielkie gwoździe. Czasami trafiało się rozdarte siedzenie motocyklowe, z którego wystawało włosie i twarda, krusząca się gąbka. Można było natrafić na zasuszoną mysz.
Pochodził z Podlasia, z jakiejś najbardziej chyba wysuniętej na wschód wioski, i w tamtych rejonach zdobywał swoje skarby.
Chorągiew była zwinięta w rulon na drewnianym solidnym drążku ze szlachetnego drewna, na którego obu końcach zaciśnięte były bogate mosiężne kule, zaśniedziałe i brudne, ale nieuszkodzone, bo wytłoczone z grubej blachy, co czyniło wrażenie wartościowej konstrukcji. Chorągiew, jak wszystko tego dnia, leżała w błocie, a część frędzli po prawej stronie nurzała się w kałuży.
Deszcz dalej siąpił. Właściciel stoiska, tęgi czterdziestolatek z okrągłą twarzą w okularach, miał na sobie kilka swetrów i kurtek, włożonych jedna na drugą, z czego dwie wierzchnie warstwy odzieży były porozpinane z powodu otyłości właściciela. Handlarz trzymał nad głową płaszcz z przeźroczystej folii, z serii takich, które kiedyś kupowało się w każdym kiosku lub były dodawane za darmo do zakupów jako premia. Ładnie poskładane, oferowane w opakowaniu niewiele większym od pudełka zapałek. Deszcz skroplił się na zaparowanej folii i trudno było ocenić, czy mokra jest tylko z wierzchu, czy także od spodu.
Nalana, czerwona twarz handlarza była ledwie widoczna w tej plątaninie plastiku i deszczu. Każdy ruch jego rąk powodował, że z folii ściekała woda, wprost do kałuży, rozbryzgując kropelki na jego buty i nogawki.
Nie lubiłem go, chytrze ściemniał. Miał zwyczaj niby to lekceważyć klienta, z początku nie dosłyszeć pytania, będąc zajętym jakoby własnymi myślami lub rozmową z kimś innym, potem rzucał niedbale przyciszonym głosem cenę, która zawsze była zawyżona. Gdy dostrzegł wahanie klienta i szansę na sprzedaż, dorzucał od niechcenia i jakby do siebie niewyraźnie kilka zdań, które były już pełnym szachrajstwem. Oto młoda dziewczyna pochyliła się, podniosła z błota stary posklejany półmisek i zaczęła go mimo padającego deszczu dosyć uważnie oglądać. Woda z jej parasolki kapała w kałużę.
– Hrabina jadała z tego talerza – zamruczał handlarz – ale przyszli Ruscy, wszystko spalili i potłukli, a moja ciocia-babcia, jako dziecko jeszcze, te skorupy pozbierała, ktoś jej przed wojną posklejał, ja to teraz mam, ale chcę się tego pozbyć, bo porcelany nie kolekcjonuję, tak że oddam za sto dolarów, żeby już tego nie wozić. W Gdańsku dawali mi dwieście, ale wtedy nie chciałem sprzedać. Podobno to "misienka"[1], tylko się stempel wytarł, ma swoje lata, nie jest wczoraj robione, no nie?
Żądał tyle pieniędzy za kompletnie bezwartościową skorupę. W takich wypadkach podawał cenę w dolarach, co miało wskazywać na światowy zasięg oferty.
Mdło się robiło od takich wypowiedzi. Ale nie zabierałem głosu – nie będę się wtrancał – jak mawiała znajoma fryzjerka. Moje uwagi rozsierdziłyby tylko handlarza, nic by nie zrozumiał – jego moralność bazowała na najgłębszym przekonaniu, że interesy od początku świata polegają tylko i wyłącznie na tym, kto kogo wykiwa.
Zapytałem o chorągiew – wyglądała na kościelną. Nie pasowała zupełnie do jego towaru, była jedyną wyróżniającą się rzeczą pośród żelastwa, drewnianych i glinianych skorup czy narzędzi.
– Sto pięćdziesiąt złotych – wymienił bardzo niską kwotę. Wyraźnie chciał się jej pozbyć. Zresztą znał mnie i nie próbował się wygłupiać.
– Można zobaczyć, co to jest?
– Pan se rozwinie, tylko nie ma gdzie.
Zacząłem się szarpać z chorągwią, była ciężka, namoknięta ważyła kilkanaście kilogramów. Frędzle ociekały wodą, krople spadały w kałuże, powoli zacząłem odwijać bławat z drewnianego drążka.
Była to prawdziwa chorągiew kościelna, procesyjna, z podwójnego jedwabnego adamaszku w kolorze beżowożółtym, z matowymi wzorami roślinnymi na błyszczącym tle, bogato haftowana.
Na jednej stronie był precyzyjnie namalowany, lekko wykruszony na zgięciach olejny wizerunek Madonny Częstochowskiej z Dzieciątkiem z haftowaną inwokacją POD TWOJĄ OBRONĘ, na drugiej wykonany w podobnej technice wizerunek Świętego Józefa z Jezusem i prośbą o modlitwę.
Brakowało drzewca, do którego przywiązuje się poprzeczny drążek z płachtą chorągwi, aby móc ją nieść podczas procesji.
Wykonanie takiej chorągwi musiało zabrać wiele czasu i być bardzo kosztowne.
Nie zapytałem nawet, skąd to ma. I tak by skłamał. Przypuszczam, że pochodziła z któregoś ze zniszczonych polskich kościołów na Wschodzie i przewieziona jakoś przez granicę, przechowywana była u kogoś przez lata, aż trafiła nie wiadomo jakim sposobem do naszego handlarza. On zbierał, co popadnie.
Oto rzecz święta leżąca w błocie, w katolickim kraju. Wizerunek Maryi, otoczonej szczególnym kultem religijnym wśród wiernych Kościoła rzymskokatolickiego i Cerkwi prawosławnej, spoczywał w kałuży.
Po co mi jednak chorągiew kościelna?
Odszedłem zdezorientowany.
W połowie drogi do samochodu zawróciłem. Wezmę tę chorągiew, może oddam do kościoła... Ale mają przecież swoje chorągwie, pomyślą, że zwariowałem, i jak wytłumaczę się, skąd mam chorągiew kościelną?
Zobaczymy. Kupiłem tym razem bez targowania.
Po złożeniu siedzenia chorągiew zmieściła się w bagażniku, rozwinięta w domu prezentowała się imponująco – pokój stał się nagle kaplicą. Zawładnęła całym wnętrzem. Nie wypadało nie przeżegnać się i nie przyklęknąć.
Po wysuszeniu eksponatu i oczyszczeniu z błota chorągiew zwinąłem i umieściłem w spokojnym miejscu jako tajemniczy i święty rekwizyt.
Płynęły lata. Wchodząc od czasu do czasu do słabo ogrzewanego pokoju – w którym obok gromadzonych tam książek, dokumentów, pamiątek rodzinnych, nieużywanej aparatury audiowizualnej, powstał sam z siebie skład najróżniejszych obrazów i eksponatów zdobywanych na jarmarkach staroci – natrafiałem czasem na podłużny przedmiot, który okazywał się ładnie zwiniętą chorągwią kościelną. Za każdym razem jej obecność mnie zaskakiwała. Zastanawiałem się, czy nie tracę pamięci. Już teraz? Odczuwałem też każdorazowo lekki niepokój i niejakie poczucie winy, że biorę udział w profanacji przedmiotu sakralnego, ale żadne sensowne działanie nie przychodziło mi do głowy. Nie wiedziałem, co miałbym zrobić z chorągwią.
Los okazał się pomocny.
Kiedyś w okresie świąt Wielkiej Nocy brzęknął esemes w moim telefonie. Charyzmatyczny proboszcz od kamedułów z Lasku Bielańskiego zachęcał do wzięcia udziału w procesji i pochodzie sztandarów oraz chorągwi, które własnoręcznie wykonali parafianie.
Szczęśliwa myśl przeszyła moje zwoje mózgowe – przecież ja mam już chorągiew – oto okazja, na którą czekałem, a której w tej postaci nie mógłbym sobie nawet wyobrazić.
Tłum wielki kłębił się przy kościele, powoli zaczynał zapadać wiosenny zmierzch. Uprzedziłem telefonicznie proboszcza, że chciałbym przybyć ze sztandarem, ale... ale... nie posiadam do niego drzewca.
– To żaden problem, pójdziesz do narożnika obok konfesjonału, tam pod amboną znajdziesz, czego potrzebujesz.
Potężny, wysoki na prawie trzy metry, lakierowany na brąz drążek z sosnowego drewna z okuciem oparty był o konfesjonał. Spotkałem kilku znajomych z rodzinami, zwróciłem się do jednego z nich, czy nie zechciałby pomaszerować z moją chorągwią – ucieszył się.
Od samego początku wykluczałem osobiste wędrowanie z chorągwią, przez całe życie unikałem tego typu czynnych manifestacji, niezależnie od tego, jak bardzo ważnej sprawy miałyby dotyczyć. A okazji do unikania miałem sporo, biorąc pod uwagę fakt, że w młodości zaliczyłem niemało stadnych udziałów w pochodach pierwszomajowych, ale nigdy niczego nie niosłem, nawet kwiatka z bibuły, nie mówiąc już o tablicy ze sklejki na drągu czy dwuosobowym transparencie. Niechęć ta się utrwaliła. Polega ona na jakiejś bliżej niezdefiniowanej tremie, ucieczce od afiszowania się, deficycie specyficznego poczucia humoru, braku wiary w sens i skuteczność podobnego działania, w końcu może – za przeproszeniem – zwykłej powściągliwości i poczuciu umiaru.
Poprzeczkę przywiązaliśmy przygotowanym przeze mnie sznurkiem do drzewca. Chorągiew wyruszyła z łopotem w mrok wśród bicia dzwonów.
Procesja formowała szyk, sztandarów i chorągwi było kilkadziesiąt, w większości nowoczesnych i pomysłowych, wykonanych własnoręcznie przy użyciu współczesnych tkanin, ozdobionych wymyślnymi sznurami i taśmami, z bogactwem zaskakująco wkomponowanych figur lub wizerunków świętych, wykonanych ze sznurka lub błyszczącego atłasu.
Moja chorągiew była klasyczna, potężna i staroświecka, i dobrze wpasowywała się w wielobarwny nowoczesny orszak. Ludzi przybył tłum, kilkaset osób. Mrok narastał, a widoczność stawała się coraz gorsza.
Przodem szło dwóch ministrantów w bieli z mirrą i kadzidłem, za nimi nieco starszy zakonnik, niosący ledwo widoczną w mroku statuę Chrystusa Zmartwychwstałego w bordowej szacie i z czerwoną chorągiewką w dłoni, potem orszak sztandarów, moją chorągiew wypatrzyłem jako drugą.
Wyprzedziłem o kilkanaście kroków procesję, szybko wydobyłem aparat fotograficzny, postanawiając zrobić zdjęcie pożegnalne mojej chorągwi – tknięty myślą, czy będzie jeszcze okazja przypomnieć sobie, jak wyglądała. Wcześniej oświadczyłem księdzu proboszczowi, że chorągiew oczywiście pozostawiam po procesji w kościele.
Procesja przesuwała się do przodu, już pojedyncze osoby niemal następowały na mnie. Chciałem mieć dobry kadr z głębią, żeby było widać postępujący orszak, moją chorągiew i nieco otoczenia. Nie było czasu na dywagacje. Nacisnąłem do połowy migawkę, wyskoczyła lampa błyskowa, trzask, błysk, szybkie spojrzenie na mały ekranik aparatu – coś tam wyszło pomimo ciemności, okej, mam pamiątkę. Schowałem aparat.
Orszak procesyjny przemieszczał się dumnie przez kilkadziesiąt minut, sztandary i chorągwie powiewały na wietrze, widoczne tylko dzięki nielicznym latarniom ustawionym przy kościele.
Nie dotrwałem do końca uroczystości, z uczuciem spełnionego obowiązku odjechałem do domu. Chorągiew znalazła swoje miejsce przeznaczenia, byłem zadowolony i spokojny. Sprawa zakończona.
Po kilku miesiącach oddałem kartę z aparatu do zakładu fotograficznego i zamówiłem zdjęcia na papierze. Lubię taki moment w domu, gdy po całym dniu zasiadam wreszcie z gazetami na kanapie i oto przypominam sobie, że, aha, mam jeszcze jedną przyjemność przed sobą – zdjęcia do obejrzenia, te, które właśnie odebrałem.
Gdy wywołuję wszystko hurtem, bywa zwykle tak, że jedna trzecia zdjęć nie nadaje się do pokazywania, nie taki kadr, nie taki wyraz twarzy, poruszone kontury, brak doświetlenia i temu podobne wady. Teraz w grupie zdjęć słabo doświetlonych znalazła się pamiątka z procesji. Coś tam widać, moją chorągiew ledwo ledwo, ministranci w bieli na przedzie nieco lepiej widoczni, ich białe szaty na zdjęciu są ciemnoszare, nic nie szkodzi, ale za to statua Chrystusa Zmartwychwstałego z jasno rozświetloną aureolą nad głową bardzo dobrze widoczna w samym środku zdjęcia. Widać, że wielebny ksiądz proboszcz zadbał o jakąś elektryczną instalację, aby aureola świeciła w mroku...
Ale chwileczkę – przecież tam nic takiego nie było, pamiętam moment robienia zdjęcia, figura była ledwie widoczna, a poza tym figura Chrystusa nie miała wokół głowy żadnej aureoli, do której można by wstawić małe żaróweczki albo jakiś światłowód.
Coś było nie tak. Zacząłem oglądać zdjęcie przez lupę – niczego nie wykryłem, po prostu aureola jakby wirtualna, dokładnie wokół głowy Chrystusa, idealny okrąg z bordowym obrzeżem w kolorze szaty Zbawiciela, bez śladu jakichkolwiek żaróweczek, a wnętrze okręgu równomiernie rozświetlone bardzo jasnym, jednolitym światłem. Właściwie figura w aureoli zdominowała całe zdjęcie, tylko ona jest dobrze widoczna i centralnie usytuowana na fotografii. Piękne zdjęcie, przejmujące, ciemne... ale to jakby specjalnie zamierzony efekt w kompozycji kadru. Niemal konkursowe.
Inne zdjęcia rozsypane na stole, robione przy różnych okazjach, były już bez niespodzianek – kilkanaście bardzo dobrych trafiło do niemal zapełnionego już pudła, by stamtąd nie wiem kiedy powędrować z opisem do albumów, które od zawsze zamierzam założyć.
Sprawa aureoli intrygowała mnie w dalszym ciągu. Zacząłem po cichu podejrzewać cud. Następnego dnia postanowiłem zadzwonić do proboszcza, aby zapytać go o elektryczną instalację przy figurze.
Nie odbierał telefonu, może odprawiał akurat mszę – a tu ja dzwonię właśnie. Nie, nie wypada, postanowiłem zajechać do Lasku Bielańskiego do parafii, aby zapytać księdza osobiście. Zabrałem ze sobą zdjęcie.
Zostawiłem auto na pobliskim parkingu i szedłem bez pośpiechu wznoszącą się drogą w stronę zabudowań kościelnych. Zastanawiałem się, jak zacząć rozmowę z proboszczem. Trema czy obawa przed ośmieszeniem nie wchodziły w rachubę, bo księdza proboszcza dobrze znałem, poza tym owiany był już legendą człowieka, który posiadł pogodne oblicze i dar radości, a za nimi, jak wiadomo, bardzo często skrywa się życie pełne ofiary i poświęcenia. Nie miałem zatem najmniejszych obaw, że zakpi ze mnie – on widział i słyszał już wszystko.
Zbliżyłem się do miejsca, gdzie przechodziła procesja i gdzie robiłem zdjęcie. Wyciągnąłem ze sztywnej okładki przygotowaną fotografię, widać było część zabudowań, zacząłem się ustawiać tak, jak poprzednio.
Chyba to było tak – tędy szli, tu byli ministranci, tu niesiono figurę – o, jaki tam daleko na wjeździe znak drogowy postawiono – okrągły zakaz ruchu.
Wpatrywałem się z napięciem w fotografię, porównywałem szczegóły.
No nie, no nie... to nie cud, słabiutka lampa błyskowa mojego aparatu fotograficznego rozświetliła zapewne znajdujący się kilkadziesiąt metrów dalej znak drogowy, który zalśnił jasnym blaskiem wokół głowy Zbawiciela.
Opadły mi ręce, znowu nic, żadnego cudu, a już myślałem, że będę naznaczony wśród naznaczonych, że będę widział niewidzialne i wiedział to, czego inni nie wiedzą, i mógł czynić to, co dla innych niemożliwe, byle zachować tajemnicę oczywiście...
Jeszcze nie tym razem. Nie będę już szedł do księdza, nie będę mu zawracał głowy, ale tak w ogóle to ładnie tu, w Lesie Bielańskim. Zszedłem do samochodu, nie chciało mi się odjeżdżać, wziąłem ponownie fotografię do ręki.
No tak, wszystko pasuje, ale dlaczego ja naiwny od razu tego nie zauważyłem... czy mogłem coś zauważyć? Po długim, skupionym wpatrywaniu się w szczegóły zdjęcia stwierdziłem, że znak drogowy stworzył absolutnie idealną aureolę, co samo w sobie nie jest faktem banalnym. Procesja przecież poruszała się, ja się poruszałem, zmieniały się odległości, kąty, wysokości – i oto taki złoty strzał migawką. Przypadek jeden na milion. W chwili robienia zdjęcia odległego znaku w ogóle nie było widać.
Gdyby dano mi zadanie, żeby tak utrafić, musiałbym się chyba pół dnia ustawiać, ale procesja poruszała się, raz ktoś zasłania, raz nie zasłania, więc trzeba by ćwiczyć w grupie przez pół roku, bo teren nierówny i wszystko się chwieje, a i tak by się nie udało precyzyjnie co do milimetra otulić głowy Zbawiciela odblaskiem odległego znaku drogowego.
Zatem jest to prawie cud prawdziwy, bo taki przypadek, w tej dziedzinie, w tym miejscu, w takiej sprawie...
Właściwie czekałem na jakiś mały znak, że mój dobry uczynek nie wpadnie w milczącą otchłań nicości i bezsensu, ale niczym najmniejszy kamyk rzucony we wzburzoną rzekę zmieni nieodwołalnie o jedną miliardową część milimetra jej bieg. Prawa tego świata są zawsze piękne, proste i eleganckie, każda przyczyna daje skutek, jedna energia zamienia się w drugą, dobro czyni dobro, a zło się złem odciska, w świecie napierających na siebie martwych przedmiotów jeden oddziałuje na drugi identyczną, odwrotnie skierowaną siłą według trzeciej, niewiarygodnie prostej zasady dynamiki Newtona. Po ponad dwustu latach Einstein, wkradając się w boskie kompetencje, pokazał na dodatek, że można odwrócić materialny porządek świata, zamieniając materię w energię, z której powstała. Twierdził, że we wszechświecie w sprawach najmniejszych i największych istnieje najwyższy porządek, że cudowna prostota i uniwersalność praw fizyki nie może wynikać sama z siebie, nie ma nic przypadkowego, że Bóg nie gra w kości, a przypadek... przypadek to też... Pan Bóg, tylko przechadzający się incognito.
Zatem wszystko jasne, Bóg ma poczucie humoru, w czasie procesji przechadzał się incognito i z zatajoną tożsamością puścił do mnie oko.
Spłynęło na mnie zadowolenie. Fotografię oprawiłem i przy pierwszej sposobności podarowałem księdzu. Uśmiechnął się, nic nie powiedział.
Drugą fotografię pozostawiłem sobie.
(Wielka Sobota, 15 kwietnia 2006 roku, godz. 22.16)
[1] Meissen Porzellan – porcelana z Miśni.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2016
? Copyright by Tomasz Jaworski, 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment tekstu ani ilustracja nie mogą być publikowane ani reprodukowane bez pisemnej zgody autora lub wydawcy.
Opracowanie graficzne i ilustracje: Jacek Gawłowski
Grafika komputerowa: Tomasz Pastor
Skład: Wojciech Ławski
Korekta: Klaudia Dróżdż
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Książka wydana
w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-7856-910-7
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl