Jedna minuta
W pierwszej minucie po jej śmierci świadomość Tequili Leili zaczęła tkać sieć, wolno i miarowo, niczym woda cofająca się od brzegu w porze odpływu. Komórki jej mózgu, odcięte od dostaw krwi, zostały całkowicie pozbawione tlenu. Ale nie przestały pracować. Nie od razu. Ostatni zapas energii aktywował niezliczone neurony, łącząc je ze sobą jakby po raz pierwszy. Chociaż serce przestało bić, mózg się opierał, walcząc do samego końca. Wszedł w stan wzmożonej świadomości, obserwując śmierć ciała, wciąż niegotowy, aby zaakceptować własny zgon. Wspomnienia Leili wezbrały, niecierpliwe i skrupulatne, gromadząc fragmenty finiszującego życia. Przypomniała sobie o sprawach, które wydawały się poza jej zasięgiem, o których myślała, że przepadły na zawsze. Czas zaczął płynąć niczym rwący potok przenikających się reminiscencji, w których nie dało się odróżnić przeszłości od teraźniejszości.
Pierwsze powracające wspomnienie dotyczyło soli - jej dotyku na skórze i smaku na języku.
Ujrzała siebie jako noworodka - nagiego, gładkiego i czerwonego. Ledwie kilka sekund wcześniej opuściła łono matki, przecisnęła się przez wilgotne, śliskie przejście prosto w objęcia nieznanego jej dotąd strachu i znalazła się w sali pełnej obcych dźwięków, kolorów i przedmiotów. Mimo że był chłodny styczniowy dzień, przez brudne okna wpadało do środka światło słoneczne, znacząc w cętki kołdrę na łóżku i odbijając się w wodzie stojącej w porcelanowej misce. Właśnie w tej wodzie leciwa akuszerka ubrana w barwy jesiennych liści zanurzyła ręcznik. Kiedy go wycisnęła, krew spłynęła po jej przedramieniu.
- Mashallah, mashallah. To dziewczynka.
Akuszerka wzięła kawałek krzemienia, który wcześniej trzymała w staniku, i przecięła nim pępowinę. Nigdy nie używała do tego celu noża ani nożyczek, których zimna skuteczność wydawała jej się niestosowna do realizacji tego powikłanego zadania, jakim było przyjęcie dziecka na świat. Staruszka cieszyła się powszechnym szacunkiem w okolicy i mimo wszystkich jej dziwactw i alienacji była uważana za jedną z tych niezrównanych - tych, które miały dwa oblicza, jedno ziemskie i jedno nieziemskie, i które niczym rzucona w górę moneta mogły w dowolnej chwili ujawnić jedną ze swoich dwóch stron.
- Dziewczynka - powtórzyła młoda matka leżąca na wykonanym z kutego żelaza łóżku z baldachimem. Jej jasnobrązowe włosy sklejał pot, a usta wyschły na wiór.
Urzeczywistniły się jej obawy. Niedawno, jeszcze w tym miesiącu, spacerowała po ogrodzie w poszukiwaniu pajęczych sieci wśród pnących się wysoko gałęzi, a kiedy znalazła jedną, delikatnie wsunęła palec w jej środek. Kilka dni później wróciła w to samo miejsce. Gdyby pająk naprawił sieć, oznaczałoby to, że urodzi syna. Ale sieć była dziurawa.
Młoda kobieta nazywała się Binnaz, czyli "tysiąc pochlebstw". Choć ledwie dziewiętnastoletnia tego roku, czuła się znacznie starsza. Miała pełne, wydatne usta, drobny, zadarty nos, uważany za rzadkość w tej części kraju, podłużną twarz ze szpiczastym podbródkiem i duże, ciemne oczy, nakrapiane niebieskimi drobinkami niczym szpacze jaja. W płowej, lnianej koszuli nocnej, w którą była ubrana, jej ciało wydawało się jeszcze szczuplejsze i delikatniejsze niż zazwyczaj. Na jej policzkach było kilka ledwie widocznych blizn po ospie; dawniej jej matka mawiała, że te ślady zostawiło światło księżyca, które pieściło ją we śnie. Tęskniła za matką, ojcem i dziewięciorgiem rodzeństwa, którzy mieszkali we wsi oddalonej stąd o kilka godzin drogi. Jej rodzina była bardzo biedna - o czym często jej przypominano, odkąd przekroczyła próg tego domu jako nowa panna młoda.
"Bądź wdzięczna. Kiedy tu przyszłaś, nie miałaś nic".
Binnaz często myślała o tym, że nadal nie ma nic; cały jej dobytek jest równie efemeryczny i niezakorzeniony jak nasiona dmuchawców. Wystarczyłby jeden silny podmuch wiatru, jedna gwałtowna ulewa i przepadłby, ot tak. Ciążyła jej myśl, że w każdej chwili może zostać wyrzucona z tego domu. Bo gdyby tak się stało, dokąd by poszła? Jej ojciec nigdy nie przyjąłby jej z powrotem, skoro miał tak wiele gąb do wykarmienia. Musiałaby znowu wyjść za mąż. Nie istniała jednak gwarancja, że kolejne małżeństwo dałoby jej więcej szczęścia albo że kolejny mąż bardziej by się jej podobał. Poza tym, kto by zechciał rozwódkę, kobietę nieczystą? Z balastem tych podejrzeń krążyła po domu, po swojej sypialni, po własnej głowie, niczym nieproszony gość. Ale to miało się zmienić. Powtarzała sobie, że wraz z przyjściem na świat tego dziecka odmieni się jej życie. W końcu przestanie czuć się obco i niepewnie.
Niemal wbrew własnej woli Binnaz zerknęła w stronę drzwi. Właśnie tam, z jedną ręką na biodrze, a drugą na klamce - jakby zastanawiała się, czy zostać, czy wyjść - stała postawna kobieta o kwadratowej szczęce. Chociaż była ledwie po czterdziestce, plamy na dłoniach i bruzdy wokół cienkich jak ostrze ust sprawiały, że wydawała się starsza. Głębokie zmarszczki, nierówne i wydatne, upodabniały jej czoło do przeoranego pola. Były efektem głównie krzywienia się i palenia. Całymi dniami ćmiła bowiem tytoń szmuglowany z Iranu i popijała herbatę przemycaną z Syrii. Jej czerwone jak cegła, dzięki hojnym ilościom egipskiej henny, włosy miały przedziałek na środku i były zaplecione w idealny warkocz sięgający niemal do pasa. Orzechowe oczy starannie obrysowała najciemniejszym kohlem. To była druga, a właściwie pierwsza żona męża Binnaz - Suzan.
Spojrzenia obu kobiet skrzyżowały się na moment. Powietrze wokół nich zgęstniało i spieniło się odrobinę, niczym wyrastające ciasto drożdżowe. Od ponad dwunastu godzin przebywały w jednym pokoju, ale teraz każda z nich wycofała się do innego świata. Obie wiedziały, że narodziny tego dziecka na zawsze zmienią ich pozycje w rodzinie. Druga żona mimo młodego wieku i krótkiej bytności pod tym dachem zostanie wywyższona na sam szczyt.
Suzan odwróciła wzrok, choć nie na długo. Kiedy ponownie pokazała swoje oblicze, znaczyła je srogość, której tam wcześniej nie było. Skinęła głową na dziecko.
- Dlaczego nie wydaje żadnych dźwięków?
Binnaz zbladła.
- Właśnie. Czy coś jest nie tak?
- Wszystko dobrze - odparła położna, posyłając Suzan chłodne spojrzenie. - Musimy tylko zaczekać.
Akuszerka obmyła dziecko święconą wodą ze studni Zamzam, zdobytą dzięki uprzejmości pielgrzyma, który niedawno wrócił z hadżu. Po krwi, śluzie i mazi płodowej nie został ślad. Noworodek wił się niepocieszony. Nie przestał nawet po myciu, jakby walczył ze sobą, wykorzystując całe swoje trzy kilo i siedemset gramów.
- Mogę wziąć ją na ręce? - zapytała Binnaz, oplatając sobie włosami czubki palców, jak to miała w zwyczaju przez cały miniony rok, kiedy się denerwowała. - Ona... ona nie płacze.
- Jeszcze zapłacze ta dziewczyna - oznajmiła akuszerka stanowczym głosem i natychmiast ugryzła się w język, kiedy jej słowa poniosły się echem niczym zła wróżba. Czym prędzej splunęła trzykrotnie na podłogę i przeniosła lewą stopę nad prawą. Chciała bowiem powstrzymać przepowiednię, jeśli to właśnie wydostało się z jej ust.
W pokoju panowała nieprzyjemna cisza, kiedy wszystkie tam obecne - pierwsza żona, druga żona, akuszerka i dwie sąsiadki - wyczekująco wpatrywały się w dziecko.
- Co się dzieje? Powiedz mi prawdę - poprosiła Binnaz cieniutkim głosikiem, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
Ponieważ wcześniej poroniła już sześć razy, a każde z tych doświadczeń było bardziej druzgocące i trudniejsze do zapomnienia od poprzedniego, przez całą ostatnią ciążę zachowywała wzmożoną ostrożność. Nie dotknęła ani jednej brzoskwini, żeby dziecko nie było pokryte meszkiem; nie dodawała przypraw ani ziół podczas gotowania, żeby dziecko nie miało piegów ani pieprzyków; nie wąchała róż, żeby dziecko nie urodziło się ze znamionami w kolorze porto. Ani razu nie skróciła włosów, żeby przy okazji nie podciąć skrzydeł szczęściu. Powstrzymywała się przed wbijaniem gwoździ w ścianę, żeby przez przypadek nie trafić w głowę śpiącego ghula. Ponieważ dobrze wiedziała, że dżiny wyprawiały ceremonie zaślubin nieopodal toalet, po zmroku nie opuszczała swojego pokoju, a w razie potrzeby korzystała z nocnika. Unikała widoku królików, szczurów, kotów, sępów, jeżozwierzy i bezpańskich psów. Nawet kiedy na ulicy pojawiał się wędrowny grajek z tańczącym niedźwiedziem w odwodzie i wszyscy miejscowi gromadzili się na dworze, żeby podziwiać przedstawienie, nie chciała do nich dołączyć w obawie, że dziecko urodzi się owłosione. I za każdym razem, kiedy natknęła się na żebraka lub trędowatego albo zobaczyła karawan, odwracała się i w pośpiechu oddalała w przeciwnym kierunku. Każdego dnia rano zjadała całą pigwę z nadzieją na dołeczki u dziecka, a każdej nocy spała z nożem pod poduszką, żeby odpędzić złe duchy. I w wielkim sekrecie codziennie o wschodzie słońca zbierała włosy ze szczotki Suzan i spalała je w kominku, żeby ograniczyć władzę pierwszej żony męża.
Gdy tylko zaczęły się skurcze porodowe, Binnaz ugryzła czerwone jabłko, słodkie i dojrzałe w słońcu. Teraz stało na stoliku nocnym przy jej łóżku, wolno brązowiejąc. Właśnie to jabłko miało później zostać pokrojone na kawałki i rozdane kobietom z sąsiedztwa, które nie mogły zajść w ciążę, aby pewnego dnia także i one doczekały się potomstwa. Ponadto małymi łykami wypiła sorbet z granatu, przygotowany w prawym bucie jej męża, rozrzuciła nasiona fenkułu w czterech rogach pokoju i przeskoczyła miotłę ułożoną na podłodze, tuż przy drzwiach - wyznaczającą granicę, która miała powstrzymać Szatana. W miarę jak kolejne skurcze się nasilały, aby ułatwić poród, wypuszczono z klatek wszystkie trzymane w domu zwierzęta, między innymi kanarki i zięby. Na sam koniec ze szklanej kuli uwolniono bojownika, wspaniałego, dumnego i samotnego. Pewnie pływał teraz w pobliskim strumieniu, rozpościerając swoje długie, falujące płetwy, niebieskie niczym szlachetny szafir. Gdyby rybka dotarła do jeziora sodowego, z którego słynęło to wschodnie anatolijskie miasto, nie miałaby sporych szans na przeżycie w jego słonych, zasadowych wodach. Ale gdyby udała się w przeciwnym kierunku, mogłaby dotrzeć do Wielkiego Zabu, a gdzieś dalej na kolejnym etapie podróży mogłaby nawet wpaść do Tygrysu, legendarnej rzeki wypływającej z Edenu.
Wszystko po to, aby dziecko przyszło na świat bezpieczne i zdrowe.
- Chcę ją zobaczyć. Możecie podać mi moją córkę?
Gdy tylko wymówiła tę prośbę, Binnaz kątem oka dostrzegła ruch. Suzan, bezszelestna jak ulotna myśl, otworzyła drzwi i wymknęła się na zewnątrz - bez wątpienia przekazać wieści swojemu mężowi, ich mężowi. Całe ciało Binnaz się spięło.
Haroun był człowiekiem o wielu twarzach. Jednego dnia nadzwyczaj hojnym i wspaniałomyślnym, a innego - egocentrycznym i nieobecnym, nawet do granic nieczułości. Najstarszy z trojga rodzeństwa, sam wychował pozostałą dwójkę, gdy stracili rodziców w wypadku samochodowym, który zniszczył ich świat. Tragedia ukształtowała jego charakter, czyniąc z niego mężczyznę nadopiekuńczego wobec swojej rodziny i nieufnego wobec ludzi spoza tego kręgu. Czasem dochodził do wniosku, że coś w nim pękło, i ogromnie pragnął to naprawić, ale takie myśli nigdy donikąd go nie zawiodły. Lubił alkohol równie mocno, jak bał się religii. Wychylając kolejną szklankę rakii, składał nieprawdopodobne obietnice swoim kumplom od kieliszka, a potem, kiedy trzeźwiał, uginając się pod ciężarem wyrzutów sumienia, składał nawet jeszcze bardziej nieprawdopodobne obietnice Allachowi. I chociaż z trudem panował nad językiem, jego ciało rzucało mu jeszcze większe wyzwania. Za każdym razem, kiedy Binnaz zachodziła w ciążę, pęczniał także jego brzuch. Niewiele, choć wystarczająco, aby sąsiedzi wyśmiewali go za jego plecami.
- Ten mężczyzna znowu jest przy nadziei! - rzucali, przewracając oczami. - Szkoda, że sam nie może urodzić.
Haroun pragnął syna najbardziej na świecie. I to nie jednego. Każdemu, kto chciał słuchać, opowiadał, że będzie miał czterech synów, których nazwie Tarkan, Tolga, Tufan i Tarik[1]. Długoletnie małżeństwo z Suzan nie zaowocowało potomstwem. Starszyzna rodzinna znalazła więc dla niego Binnaz - dziewczynę ledwie szesnastoletnią. Po kilku tygodniach negocjacji między rodzinami Haroun i Binnaz wzięli ślub w obrządku religijnym. Ceremonia była nieoficjalna i gdyby w przyszłości cokolwiek poszło nie tak, nie uznałby jej żaden sąd świecki, ale tym szczegółem nikt nie zawracał sobie głowy. Oboje młodzi siedzieli na podłodze, przed zgromadzonymi świadkami, naprzeciwko zezowatego imama, którego głos stał się jeszcze bardziej grobowy, kiedy przeszedł z tureckiego na arabski. Binnaz ani na moment nie oderwała wzroku od dywanu, choć nie mogła się powstrzymać przed zerkaniem na stopy imama. Jego skarpety, jasnobrązowe niczym wyschnięte na wiór błoto, były stare i znoszone. Za każdym razem, kiedy zmieniał pozycję, jeden z jego dużych palców u stóp poruszał się w taki sposób, jakby próbował przedrzeć się przez wytartą wełnę.
Niedługo po ślubie Binnaz zaszła w ciążę, która zakończyła się poronieniem i omal jej nie zabiła. Zdjęta paniką w środku nocy, przeszywana gorącymi szrapnelami bólu, czując dotyk zimnej dłoni zaciskającej się na jej pachwinie i zapach krwi, ogromnie chciała się czegoś złapać, kiedy wydawało jej się, że spada bez końca. Kolejne ciąże, które przebiegały dokładnie tak samo jak ta pierwsza, doświadczały ją coraz gorzej. Choć nikomu nie mogła się z tego zwierzyć, dręczyło ją uporczywe wrażenie, że każde stracone dziecko oddalało ją od świata. Jakby pękały kolejne sznury mostu linowego łączącego ją z rzeczywistością, aż tylko cieniutkie włókno trzymało ją jeszcze przy zdrowych zmysłach.
Po trzech latach czekania starszyzna rodzinna kolejny raz zaczęła naciskać Harouna. Przypomniała mu, że Koran pozwala mężczyźnie mieć nawet cztery żony, jeśli tylko dla wszystkich jest sprawiedliwy, a starsi nie mieli wątpliwości, że Haroun będzie traktował swoje żony na równi. Przekonywali go, aby tym razem rozejrzał się za chłopką, nawet wdową z własnymi dziećmi. Także i ten związek byłby nieoficjalny, z łatwością można było go zawrzeć w obrządku religijnym, równie dyskretnie i szybko jak poprzednio. Ewentualnie mógł rozwieść się z tą bezużyteczną młodą żoną i ponownie wziąć ślub. Ale Haroun odrzucił obie sugestie. Twierdził, że wystarczająco trudno było mu utrzymać dwie żony; trzecia zrujnowałaby go finansowo, a on nie zamierzał zostawić Suzan ani Binnaz, ponieważ zdążył przywiązać się do obu kobiet, choć do każdej z różnych powodów.
W tamtej chwili wsparta na poduszkach Binnaz próbowała sobie wyobrazić, co robi Haroun. Musiał leżeć na sofie w sąsiednim pokoju, z jedną ręką na czole, a drugą na brzuchu, czekając, aż krzyk dziecka przeszyje powietrze. Potem wyobraziła sobie Suzan zmierzającą w jego stronę miarowym, pewnym krokiem. Oczami wyobraźni ujrzała ich razem, szepczących do siebie; ich swobodne i wprawne gesty wyćwiczone przez lata dzielenia wspólnej przestrzeni, nawet jeśli nie wspólnego łóżka. Zaniepokojona własnymi myślami Binnaz powiedziała bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego:
- Suzan mu powie.
- To dobrze - odezwała się łagodnie jedna z sąsiadek.
Ta uwaga sugerowała tak wiele. "Skoro sama nie może mieć dzieci, niech chociaż ma szansę przekazać wieści o dziecku". Niewypowiedziane słowa łączyły kobiety z tego miasta niczym sznury na pranie rozciągnięte między domami.
Binnaz skinęła głową, mimo że czuła, jak gotuje się w niej coś mrocznego, gniew, którego nigdy nie okazywała. Zerknęła na akuszerkę.
- Dlaczego dziecko wciąż jeszcze nie wydało żadnego dźwięku? - zapytała.
Staruszka nie odpowiedziała. Grudka niepokoju uciskała jej wnętrzności głęboko w środku. W tej dziewczynce było coś szczególnego, i nie chodziło wyłącznie o niepokojącą ciszę. Pochylając się do przodu, obwąchała dziecko. Tak jak podejrzewała - pudrowy, piżmowy zapach niepochodzący z tego świata.
Kobieta ułożyła sobie noworodka na kolanach, po czym obróciła go na brzuszek i pacnęła w pośladki, raz i dwa. Na małej twarzyczce znać było szok i ból. Drobne rączki zacisnęły się w piąstki, a usteczka ściągnęły się jeszcze bardziej niż przedtem. Wciąż jednak nic nie było słychać.
- Co się dzieje?
Akuszerka westchnęła.
- Nic. Po prostu... myślę, że ona wciąż jest z nimi.
- Z kim? - zapytała Binnaz, ale ponieważ nie chciała poznać odpowiedzi, dodała pospiesznie: - Więc zrób coś!
Staruszka pogrążyła się w myślach. Dla dziecka było lepiej, kiedy odnajdywało drogę we własnym tempie. Większość noworodków natychmiast przystosowywała się do nowych okoliczności, niektóre jednak zwlekały, jakby wątpiły, czy warto dołączyć do reszty ludzkości. Ale czy można było je za to winić? W swoim długim życiu akuszerka widziała mnóstwo osesków, które tuż przed porodem albo zaraz po nim ogarniał tak wielki lęk przed napierającą ze wszystkich stron siłą życia, że traciły ducha i cicho opuszczały ten świat. Ludzie mówili, że to kader - przeznaczenie - i nie dodawali nic więcej, ponieważ mieli w zwyczaju zwięźle ujmować skomplikowane sprawy, które ich przerażały. Ale akuszerka wierzyła, że niektóre dzieci po prostu postanawiały nie kosztować życia, jakby wiedziały o czekającym je znoju i wolały go uniknąć. Tchórzyły czy wykazywały się mądrością na miarę samego Salomona? Któż to mógł wiedzieć?
- Przynieś mi sól - poleciła akuszerka sąsiadce.
Równie dobrze mogłaby wykorzystać śnieg - gdyby tylko na dworze leżało wystarczająco dużo świeżego puchu. W przeszłości zanurzała liczne noworodki w nieskazitelnie białych zaspach, aby po chwili wyciągnąć je we właściwym momencie. Szok wywołany zimnem rozwierał im płuca, przyspieszał krążenie, wzmacniał odporność. Wszystkie te dzieci bez wyjątku wyrastały na silnych dorosłych.
Wkrótce sąsiadki wróciły z dużą plastikową miską i workiem soli kamiennej. Akuszerka troskliwie ułożyła niemowlę na środku miski i zaczęła nacierać jego skórę płatkami soli. Kiedy dziecko przestanie pachnieć jak jeden z aniołów, te będą musiały je wypuścić. Na zewnątrz w wyższych gałęziach topoli rozległ się ptasi trel, sądząc po dźwięku, modrosójki błękitnej. Samotna wrona zakrakała, wzlatując do słońca. Wszystko przemawiało we własnym języku - także wiatr i trawa. Wszystko poza tym dzieckiem.
- Może jest niema - zasugerowała Binnaz.
Akuszerka uniosła brwi.
- Cierpliwości.
Jak na komendę dziecko zakasłało. Był to terkotliwy, gardłowy dźwięk. Dziewczynka musiała połknąć kawałek soli i poczuć w ustach ostry, zaskakujący smak. Czerwieniąc się intensywnie, cmoknęła usteczkami i wykrzywiła twarzyczkę, ale nadal odmawiała wydania dźwięku. Jak uparta, jak niebezpiecznie zbuntowana była jej dusza. Zwykłe natarcie solą nie wystarczyło. Dlatego też akuszerka podjęła decyzję. Postanowiła spróbować innej metody.
- Przynieście mi więcej soli.
Ponieważ w domu nie było więcej soli kamiennej, musiała zadowolić się stołową. Zrobiła zagłębienie na środku usypanej kupki i ułożyła tam dziecko, które potem przysypała białymi kryształkami, głowę zostawiając na koniec.
- A jeśli się udusi? - zapytała Binnaz.
- Nie przejmuj się. Dzieci potrafią wstrzymywać oddech znacznie dłużej niż my.
- Ale skąd będziesz wiedziała, kiedy ją stamtąd wyjąć?
- Cicho. Słuchaj - powiedziała staruszka, kładąc palec na jej spierzchniętych ustach.
Pod warstwą soli dziewczynka otworzyła oczy i wbiła wzrok w mleczną nicość. Poczuła się samotna, ale była przyzwyczajona do samotności. Zwinęła się w kłębek, tak jak robiła to przez ostatnie miesiące, i uzbroiła w cierpliwość.
Instynkt jej podpowiadał: "Tak mi tu dobrze. Nie wyjdę na zewnątrz kolejny raz".
Jej serce protestowało: "Nie mów głupot. Po co tkwić w miejscu, w którym nic się nie dzieje? To nudne".
"Po co opuszczać miejsce, w którym nic się nie dzieje? Tu jest bezpiecznie" - nalegał instynkt.
Oszołomiony trwającym sporem noworodek czekał. Minęła kolejna pełna minuta. Pustka zawirowała i rozbryzgała się wokół niego, obmywając jego palce u nóg i u rąk.
"Nawet jeśli sądzisz, że tu jest bezpiecznie, to nie oznacza, że to dla ciebie odpowiednie miejsce" - kontynuowało serce. "Czasem miejsce, w którym czujesz się najbezpieczniej, jest dla ciebie najmniej odpowiednie".
W końcu dziecko podjęło decyzję. Postanowiło posłuchać serca - tego samego, które miało okazać się niebywałym awanturnikiem. Chętne wyjść i odkryć świat, mimo jego niebezpieczeństw i trudności, otworzyło usta, gotowe wydać dźwięk - ale prawie natychmiast sól wpadła mu do gardła i zatkała nos.
Bez chwili zwłoki akuszerka szybko i wprawnie wsunęła ręce do miski i wyciągnęła dziecko. Pokój wypełniło głośne, przerażone zawodzenie. Wszystkie cztery kobiety uśmiechnęły się z ulgą.
- Dobra dziewczynka - pochwaliła akuszerka. - Czemu tak długo? Płacz, kochana. Nigdy nie wstydź się łez. Płacz, a wszyscy będą wiedzieli, że żyjesz.
Staruszka owinęła małą w szal i ponownie ją obwąchała. Urzekający, nieziemski zapach się ulotnił, pozostawiając jedynie ledwie wyczuwalną woń. Z czasem ona także miała zniknąć - choć akuszerka znała kilka osób, które mimo zaawansowanego wieku wciąż roztaczały aromat raju. Nie czuła jednak potrzeby, aby dzielić się tą informacją. Wspięła się na palce i położyła dziecko na łóżku, przy matce.
Binnaz rozciągnęła usta w uśmiechu, czując trzepotanie w sercu. Dotknęła paluszków u stóp swojej córki przez jedwabną tkaninę - idealnych, ślicznych i zatrważająco delikatnych. Czule ujęła jej loki, jakby nabierała w dłonie wody święconej. Przez moment czuła się szczęśliwa, kompletna.
- Nie ma dołeczków - powiedziała i zachichotała pod nosem.
- Zawołać twojego męża? - zapytała jedna z sąsiadek.
Także i to zdanie było brzemienne w niedopowiedzenia. Suzan na pewno zdążyła donieść Harounowi, że dziecko przyszło na świat. Dlaczego więc nie przybiegł? Najwyraźniej odwlekł ten moment, aby porozmawiać ze swoją pierwszą żoną i uciszyć jej obawy. Uznał to za priorytet.
Cień przemknął po twarzy Binnaz.
- Tak, zawołajcie go.
Nie było takiej potrzeby, ponieważ kilka sekund później Haroun, niezdarny, przygarbiony, wyłonił się z cienia na światło dnia. Miał pasmo siwiejących włosów, które nadawało mu wygląd roztargnionego myśliciela, majestatyczny nos o wąskich nozdrzach, szeroką, gładko ogoloną twarz i brązowe oczy o opadających kącikach, lśniące dumą. Z uśmiechem podszedł do łóżka. Spojrzał na dziecko, na swoją drugą żonę, na akuszerkę, na pierwszą żonę i w końcu wzniósł oczy ku niebiosom.
- Allachu, dziękuję ci, mój Panie. Wysłuchałeś moich modlitw.
- To dziewczynka - poinformowała go cicho Binnaz, na wypadek gdyby nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Wiem. Następny będzie chłopiec. Nazwiemy go Tarkan. - Palcem wskazującym pogładził czoło dziecka, równie gładkie i ciepłe jak jego ulubiony amulet, pocierany zbyt wiele razy. - Jest zdrowa i to się liczy. Przez cały czas się modliłem. Przemówiłem do Wszechmogącego: "Jeśli pozwolisz temu dziecku żyć, nie wypiję już ani kropli. Ani jednej kropli!". I miłosierny Allach wysłuchał mojego błagania. To dziecko nie jest moje, podobnie jak nie jest twoje.
Binnaz zwróciła ku niemu oczy, w których malowało się zaskoczenie. Nagle zawładnęło nią złe przeczucie. Przypominała dzikie zwierzę, które - choć za późno - wyczuło, że lada moment wpadnie w sidła. Zerknęła na Suzan, która stała w wejściu, zaciskając usta tak mocno, że prawie zbielały; milcząca i nieruchoma, jeśli nie liczyć niecierpliwego stukania stopą. Coś w jej postawie sugerowało, że była podekscytowana, a nawet uszczęśliwiona.
- To dziecko należy do Boga - oznajmił Haroun.
- Tak jak wszystkie dzieci - mruknęła akuszerka.
Nie bacząc na jej słowa, Haroun ujął dłoń swojej młodszej żony i spojrzał jej prosto w oczy.
- Oddamy to dziecko Suzan.
- Co ty wygadujesz? - wychrypiała Binnaz głosem, który wydał jej się drewniany i odległy, zupełnie obcy.
- Pozwól Suzan ją wychować. Świetnie się spisze. Ty i ja będziemy mieli więcej dzieci.
- Nie!
- Nie chcesz mieć więcej dzieci?
- Nie pozwolę, żeby ta kobieta zabrała moją córkę.
Haroun gwałtownie nabrał powietrza, po czym wypuścił je wolno.
- Nie zachowuj się samolubnie. Allach tego nie pochwala. Dał ci dziecko, czyż nie? Bądź wdzięczna. Kiedy przyszłaś do tego domu, ledwo wiązałaś koniec z końcem.
Binnaz zaczęła kręcić głową i już nie potrafiła przestać; trudno stwierdzić, czy działo się tak, bo nie panowała nad swoim ciałem, czy może właśnie dlatego, że tylko ten drobiazg mogła kontrolować. Haroun przysunął się do niej, chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Dopiero wtedy znieruchomiała, a światło w jej oczach zgasło.
- Nie myślisz racjonalnie. Wszyscy mieszkamy w jednym domu. Będziesz widywała swoją córkę każdego dnia. Przecież nigdzie nie wyjeżdża, na litość boską.
Jeśli chciał ją w ten sposób pocieszyć, nie osiągnął zamierzonego celu. Trzęsąc się, żeby powstrzymać ból rozrywający jej pierś, ukryła twarz w dłoniach.
- A kogo moja córka będzie nazywała mamusią?
- Co to za różnica? Suzan może być mamusią. Ty ciocią. Powiemy jej prawdę, gdy podrośnie. Na razie nie ma potrzeby mącić w tej małej główce. Kiedy będziemy mieć więcej dzieci, i tak wszystkie będą braćmi i siostrami. Będą biegały i rozrabiały po całym domu, zobaczysz. Nie zdołasz odróżnić, które należy do kogo. Wszyscy będziemy jedną wielką rodziną.
- Kto będzie karmił dziecko? - zapytała akuszerka. - Mamusia czy ciocia?
Haroun spiorunował staruszkę wzrokiem, napinając każdy mięsień twarzy. Widoczne w jego oczach szacunek i obrzydzenie wykonały dziki taniec. Wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął garść przedmiotów: pogniecioną paczkę papierosów z zapalniczką upchniętą w środku, zmięte banknoty, kawałek kredy, której używał do zaznaczania poprawek na odzieży, tabletkę na dokuczający mu żołądek. Pieniądze podał akuszerce.
- Dla ciebie, w dowód naszej wdzięczności - powiedział.
Staruszka zasznurowała usta i przyjęła zapłatę. Doświadczenie nauczyło ją, że przebrnięcie przez życie możliwie bez szwanku zależało w znacznej mierze od dwóch podstawowych zasad: trzeba było wiedzieć, kiedy przyjść, i trzeba było wiedzieć, kiedy odejść.
Gdy sąsiadki spakowały swoje rzeczy i uprzątnęły nasiąknięte krwią prześcieradła oraz ręczniki, pokój wypełniła cisza, niczym woda sącząc się w każdy zakamarek.
[1] W tłumaczeniu kolejno: "Śmiały i silny", "Hełm bitewny", "Ulewny deszcz" i "Droga prowadząca do Boga".